poniedziałek, 1 sierpnia 2016
Od Reamonn’a C.D. Roxolanne
I tak podróżując lasem jakimś tam, szliśmy we trójkę, żartując i docinając sobie nawzajem. To w jaki sposób klacz szybko mi zaufała, oraz o dziw zapominała o wcześniejszych incydentach, było tak samo zdumiewające jak fakt, że sam czułem się wyśmienicie w ich towarzystwie. Dodatkowo nie wiedziałem jakim cudem, po tym jedynym incydencie Roxolanne, potomka bogów może nagle zacząć cisnąć w nich wszystkim co się da. Ja oczywiście zawsze musiałem coś szczerego dodać jako komentarz, po czym ten wielki smok wyglądał jakby zaraz miał mi coś zrobić.
- Właściwie takie bydle to chyba tylko po to się trzyma. - odparłem na pytanie Roxolanne, związane z zabijaniem.
- Przestań ju-. - parsknęła w moją stronę klacz. Jak się okazało, był to o jeden tekst za dużo, bo czarny smok rzucił się prosto na mnie.
- Waaaa! - krzyknąłem, przewracając się i patrząc we wszystkie trzy rozdziawione paszcze, lecące w moją stronę. Przez głowę przeleciało mi jedynie, że Roxolanne powinna kupić mu jakiś odświeżacz oddechu, gdy nagle coś wielkiego śmignęło przed moim nosem. A konkretnie to coś wielkiego, biało-czarnego, którego celem był czarny, trzygłowy smok. Siła uderzenia musiała być na tyle silna, że nowe zwierze powaliło smoka na ziemię.
- Zereph! - krzyknęła Roxolanne. Zdziwiony, gdyż ewidentnie znałem to imię podniosłem się. Scena którą ujrzałem była dosyć ciekawa. Na ziemi leżał Kukulkan, z lekko skulonymi wszystkimi trzema łbami, a na jego brzuchu stał średniej wielkości (mniej więcej ½ Kukulkana) biały smok w czarne paski. Był chudy i miał długie, cienkie nogi, lecz zakończone były one ostrymi, szarymi pazurami. Podobnego rodzaju kolce miał również na grzbiecie, o długości około 40 cm, oprócz jednego miejsca na grzbiecie, pomiędzy skrzydłami. Skrzydła miał od wierzchniej strony opierzone, a spod piór wystawała czarno-czerwona błona. Na głowie miał czarną łatę, przypominającą trochę maskę. Cały wygląd dosyć dobitnie mówił, że lepiej z nim nie zadzierać, co potwierdzało głośne warczenie i wylatujący z jego pyska czarny dym.
Gdy tylko Kukulkan się uspokoił, smok zostawił go leżącego i zeskoczył na ziemię, co o dziwo nie wywołało drgania ziemi. Biały gad zbliżył się do mnie i wyprostował, a potem przez jakiś czas uważnie przyglądał. Dopiero po chwili zrezygnowany spojrzał na Roxolanne i coś warknął.
- Otwórz myśli. - odpowiedziała poważnym głosem, przerywając opatrywanie rany czarnego smoka na jednej z jego głów.
- Że jak? - spytałem, krzywiąc się przy okazji. Pierwszym co mi się przypomniało w związku z tym był czarny pokój.
- Uh, po prostu powiedz ************.
- *************** - powtórzyłem jej słowa. Nagle jak piorun uderzył we mnie rozchodzący się w mojej głowie głos.
- Reeeey…. Reeeeeeyyyyyy…. Reeeeey….
- Zamkniesz się w końcu?! - krzyknąłem w stronę smoka. - To moja głowa, drzyj się w swojej! - już miałem się odwrócić tyłem do gada, gdy nagle coś sobie uświadomiłem. Odwróciłem się w stronę smoka z szeroko otwartym pyskiem.
- Uprzedzę twoje pytanie, tak ja to powiedziałem. - odezwał się głos w mojej głowie.
- Alarm, Roxo, zaraz trzeba będzie mnie reanimować. - zakomunikowałem, siadając na trawie i próbując złapać oddech. Chwila, czym ja się do cho_ery przyjmowałem? Kilka godzin temu wypowiedziałem wręcz wojnę bogom, a teraz zachowuję się tak, bo jakiś smok umie gadać.
- Bez przesady. - usłyszałem z tyłu głos klaczy, która specjalnie mnie ignorowała. Zwróciłem się więc w stronę smoka. Popatrzyłem na niego przez chwilę, a ten przechylił głowę lekko na bok. Stanął na dwóch nogach, prezentując swój pokryty twardymi łuskami brzuch, po czym usiadł na tylnych łapach niczym pies.
- Tooo… Zereph? - zapytałem, przypominając sobie słowa klacz z wcześniej.
- Tak Mistrzu! - zawołał entuzjastycznie smok, po czym rzucił się w moją stronę. Wyciągnął mnie moje wielkie łapy i objął mnie nimi. O dziwo nie groziło mi zagrożenie pazurów, ponieważ smok na nie uważał, jednak perspektywa zostania wyściskanym na śmierć nie wyglądała zbyt kolorowo. Potem doszły jeszcze skrzydła i ogon, a na końcu smok zaczął trzeć swoim pyskiem po mojej szyi.
- Dusisz! - udało mi się wysapać, na co jedyną odpowiedzą był śmiech klaczy gdzieś za nami. Po chwili Zereph’owi najwyraźniej wypełnił się pasek czułości ponieważ odstawił mnie na ziemię. - Bez komentarza. - Warknąłem, dobrze zdając sobie sprawę z tego, że moja sierść i grzywa wyglądają jakby ktoś tarł o nie balon przez co najmniej godzinę. Niezadowolony kilka razy potrząsnąłem głową i na szczęście fryzura powróciła do dawnego stanu. Ah, jak ja lubiłem te zasłaniające wszystko kosmyki włosów.
- Tak więc skoro już się znacie, może teraz polecimy? - zaproponowała Roxolanne.
- Chwila, ja go nie znam. - odpowiedziałem dosyć głupim jak i spanikowanym tonem.
- To twój smok. Znalazłeś jego jajko podczas jednej z przygód, opiekowałeś się nim. Właściwie to… zniknąłeś – tłumaczyła klacz, szczególnie akcentując ostatnie słowo. - chwilę potem jak się wykluł i trochę podrósł. To jednak nadal tylko wielkie pisklę. Choć mimo wszystko jak na swój wiek zieje niesamowicie mocno. Chyba zawsze tak miał… - mówiła Roxo, choć już nie wiedziałem czy rozmawia dalej ze mną, czy ze sobą. No cóż perspektywa posiadania własnego smoka była dość… interesująca.
- To co Zereph… lecimy? - zapytałem i już miałem wzbić się w powietrze kiedy smok położył się obok mnie. Rozłożył jedno skrzydło, ukazując mi miejsce pomiędzy nimi, gdzie nie było kolców. Bez zastanowienia wskoczyłem na jego grzbiet. Wtedy poczułem jak gad macha ogromnymi skrzydłami. W jednej chwili uderzyła mnie fala powietrza dużo silniejsza od tej, gdy sam startowałem. Nie minęło dużo czasu, gdy jedyne co widziałem pod sobą to czubki drzew. Zaśmiałem się, czując jak prądu powietrza uderzają mnie w pysk przy każdym machnięciu skrzydłami smoka. Ogólnie jak na swoją chuderlawą sylwetkę to Zereph wydawał się mieć dużo siły w skrzydłach.
W powietrzu smok wykonał kilka niebezpiecznych akrobacji, popisując się tym czego się nauczył i cały czas ględząc coś w mojej głowie. Umilkł dopiero wtedy, kiedy obok nas pojawiła się Roxolanne i Kukulkan.
- Fajnie co? - zawołała, próbując przekrzyczeć rozwiewający jej grzywę wiatr. Następnie poklepała czarnego smoka pod grzbiecie i coś powiedziała, na co gad wystrzelił przed siebie jak rakieta. Z daleka usłyszałem tylko jej odlatujące słowa. - Chodź, na nowo przedstawię cię wszystkim w stadzie! Kierunek za mną!
<Roxolanne>
niedziela, 31 lipca 2016
Od Roxolanne C.D. Reamonn
Jeszcze wtedy nie zdawałam sobie sprawy, co się stało. Jakby wtedy, z bólu, urwał mi się kawałek filmu. Ale jakiego bólu? Przed chwilą jeszcze chcieli mnie zabić, a teraz Reamonn pyta którędy do HH. Potworne pieczenie sparaliżowało mnie w okolicach barku i rozciągało się na cały grzbiet.
- aggh.. Paloo... - jęknęłam wpół przytomna
- Nie możemy tam wrócić. Gdy tylko wyjdziemy, to i tak zrobią z nim to samo. - odpowiedział dosyć sensownie. - To w którą stronę lecimy?
- Kukulkan,. - zdążyłam cicho jęknąć i zasnęłam ze zmęczenia.
Gdy się ocknęłam, wciąż leżałam na grzbiecie ogiera. W normalnych okolicznościach powiedziałabym: " Dzięki Bogu, to nie był sen", ale z bóstwami byłam troszeczkę popsztykana.
Starałam się podnieść, ale nie mogłam.
- O! Obudziłaś się, Roxo! - zauważył
- Gdzie jesteśmy? - zapytałam mrużąc oczy, aby przyzwyczaić się do światła.
- W jakimś lesie. - wzruszył ramionami na tyle, na ile pozwalał mu ciężar, który niósł na plecach.
Dobrze znałam tę roślinność i ten widok.
- To jest Las Kaskady. - odpowiedziałam tonem, jakbym na końcu miała zawrzeć jeszcze jedno, jakże poetyckie słowo: ciołku. Glonomóżdżku.
- Miło wiedzieć! Czy wiesz natomiast co to jest za duża, czarna jaszczurka, która idzie po mojej prawej?
Duża jaszczurka?
- Kukulkan! - uniosłam radośnie słaby głos.
- Więc to jest ten Kukulkan, którego wołałaś! Od razu przyleciał. Całkiem przyjemny kot.
Smok prychnął na niego i podszedł do mnie pilnując, abym nie spadła.
- Chciałem Cię ponieść, ale nawet na chwilę mi Ciebie nie dał! - mruknął w mojej głowie potwór udając oburzonego. - Dopięłaś swego. Do stada znowu przyprowadziłaś mordercę. Jak się z tym czujesz? - zapytał prześmiewczo. Jednocześnie, w jego słowach wyczuwałam gniew.
- Całkiem nieźle. Wszyscy Bogowie chcą mnie zabić. - uśmiechnęłam się. - Poczekaj! - rozkazałam.
- Hę? - Koń nieudolnie spróbował odwrócić łeb w moją stronę.
- przecież mogę iść sama. Nie musisz mnie już nieść.
- No... Niech Ci będzie. Jak dotrzemy na miejsce. - zaśmiał się.
- Ale ja chcę iść - burknęłam
- Oj, nie wymyślaj, Lanne! Gdzie mam teraz iść? - Stanęliśmy nad rozwidleniem dróg. - Jałówka! Prowadź! - skierował te słowa do mojej Kukułki.
- Jeszcze jedna taka odzywka, a przerobię go na pluszaka. - nadęły się wszystkie łby.
- Hahahahah.. Kukulkan! - parsknęłam
- Co powiedział? - wtrącił ogier.
- Że jeszcze raz nazwiesz go nieprawidłowo i zostaniesz jego pluszakiem.
Poczułam się na wystarczających siłach, więc zeskoczyłam z grzbietu konia. Nie była to jednak przemyślana i mądra decyzja. Przez chwilę wyglądałam jak wariatka, próbując utrzymać się na wszystkich czterech nogach. Nagle nogi zaplątały się jedna o drugą i padłam jak długa.
Zaśmiałam się nerwowo w stronę towarzysza.
Reamonnie?
- aggh.. Paloo... - jęknęłam wpół przytomna
- Nie możemy tam wrócić. Gdy tylko wyjdziemy, to i tak zrobią z nim to samo. - odpowiedział dosyć sensownie. - To w którą stronę lecimy?
- Kukulkan,. - zdążyłam cicho jęknąć i zasnęłam ze zmęczenia.
Gdy się ocknęłam, wciąż leżałam na grzbiecie ogiera. W normalnych okolicznościach powiedziałabym: " Dzięki Bogu, to nie był sen", ale z bóstwami byłam troszeczkę popsztykana.
Starałam się podnieść, ale nie mogłam.
- O! Obudziłaś się, Roxo! - zauważył
- Gdzie jesteśmy? - zapytałam mrużąc oczy, aby przyzwyczaić się do światła.
- W jakimś lesie. - wzruszył ramionami na tyle, na ile pozwalał mu ciężar, który niósł na plecach.
Dobrze znałam tę roślinność i ten widok.
- To jest Las Kaskady. - odpowiedziałam tonem, jakbym na końcu miała zawrzeć jeszcze jedno, jakże poetyckie słowo: ciołku. Glonomóżdżku.
- Miło wiedzieć! Czy wiesz natomiast co to jest za duża, czarna jaszczurka, która idzie po mojej prawej?
Duża jaszczurka?
- Kukulkan! - uniosłam radośnie słaby głos.
- Więc to jest ten Kukulkan, którego wołałaś! Od razu przyleciał. Całkiem przyjemny kot.
Smok prychnął na niego i podszedł do mnie pilnując, abym nie spadła.
- Chciałem Cię ponieść, ale nawet na chwilę mi Ciebie nie dał! - mruknął w mojej głowie potwór udając oburzonego. - Dopięłaś swego. Do stada znowu przyprowadziłaś mordercę. Jak się z tym czujesz? - zapytał prześmiewczo. Jednocześnie, w jego słowach wyczuwałam gniew.
- Całkiem nieźle. Wszyscy Bogowie chcą mnie zabić. - uśmiechnęłam się. - Poczekaj! - rozkazałam.
- Hę? - Koń nieudolnie spróbował odwrócić łeb w moją stronę.
- przecież mogę iść sama. Nie musisz mnie już nieść.
- No... Niech Ci będzie. Jak dotrzemy na miejsce. - zaśmiał się.
- Ale ja chcę iść - burknęłam
- Oj, nie wymyślaj, Lanne! Gdzie mam teraz iść? - Stanęliśmy nad rozwidleniem dróg. - Jałówka! Prowadź! - skierował te słowa do mojej Kukułki.
- Jeszcze jedna taka odzywka, a przerobię go na pluszaka. - nadęły się wszystkie łby.
- Hahahahah.. Kukulkan! - parsknęłam
- Co powiedział? - wtrącił ogier.
- Że jeszcze raz nazwiesz go nieprawidłowo i zostaniesz jego pluszakiem.
Poczułam się na wystarczających siłach, więc zeskoczyłam z grzbietu konia. Nie była to jednak przemyślana i mądra decyzja. Przez chwilę wyglądałam jak wariatka, próbując utrzymać się na wszystkich czterech nogach. Nagle nogi zaplątały się jedna o drugą i padłam jak długa.
Zaśmiałam się nerwowo w stronę towarzysza.
Reamonnie?
Od Reamonna C.D. Roxolanne
Po raz kolejny zasiadłem na tronie. Nie otoczyła mnie jednak ciemna woda. Rozejrzałem się zaniepokojony i spostrzegłem, że ściany pokoju zaczynają zmieniać kolor. Stawały się coraz jaśniejsze. Dodatkowo towarzyszyło mi dziwne, nasilające się uczucie. Zupełnie, jakby ktoś rwał moją duszę. Jasność była tak ostra dla moich przyzwyczajonych do ciemności oczu, że zacząłem je mrużyć. A potem oślepiło mnie to światło i wszystko, łącznie z tronem zniknęło.
Z tego dziwnego stanu rozbudziły mnie ciche odgłosy. Szmery, stukanie kopyt i gwar. Zupełnie inne od ciszy, która była w pokoju. Pokoju, z którego wspomnienia powoli zacierały się w mojej głowie. To właśnie ta pustka budziła we mnie cichy lęk. Delikatnie otworzyłem oczy. Pierwsze co zobaczyłem to wnętrze starej izby. W środku było ciemno, ale mimo tego nie miałem problemu z zauważeniem licznych fiolek i misek stojących na półkach. Stało tam też dużo książek, starych przedmiotów i… sztyletów. Cały wygląd wydał mi się dziwnie znajomy. Cały strach i niepokój znikł w jednej chwili. Potem spojrzałem pod nogi. Stałem na pewnego rodzaju drewnianym podeście, wokół którego stały trzy konie. Jednym z nich był młody ogier, drugim stary, cały obwieszony bransoletami i kolczykami. Ostatnim znajdującym się w pomieszczeniu koniem była klacz, biała klacz. Owszem, mogłem się mylić, lecz byłem pewny, że to jej pysk utkwił w mojej pamięci. Ale czemu? Kim ona była?
Zeskoczyłem z podestu, co sprawiło że konie cofnęły się do tyłu.
- Kim jesteś? Czemu pamiętam ciebie? - zapytałem. Klacz jednak nic nie odpowiedziała. Zwróciła głowę do młodszego ogiera i wypowiedziała coś w niezrozumiały dla mnie języku.
- ************************ - stałem i przyglądałem się jej zachowaniu. Był w nim strach, ale przeważała złość i… dobroć?
- *******************. - odpowiedział ogier i cofnął się kilka kroków do tyłu.
- O co chodzi, kim jesteście!? - prawie krzyknąłem, zdenerwowany całą sytuacją. Siwa klacz, gdy tylko usłyszała mój podniesiony głos, cofnęła się kilka kroków do tyłu. Pokój był niewielki, więc uderzyła w stojący pod ścianą regał. Półki zachwiały się i spadło z nich kilka słoików wypełnionych płynami o przeróżnych kolorach.
- Spokojnie przyjacielu. - Powiedział stary ogier, a następnie zwrócił się do klaczy. Wypowiedział kilka niezrozumiałych dla mnie słów i schylił się, aby pozbierać rozbite szkło. - Oni nie rozumieją języka umarłych.
- Tak samo jak ja ich. - odpowiedziałem, ignorując dwa pozostałe konie i skupiając się na czarowniku… czy raczej… nekromancie.
- Wiem. Mam jednak coś, co może ci pomóc. - powiedział i ruszył do jednej z półek zostawiając za sobą resztę rozbitych naczyń. Po chwili wrócił, trzymając w pysku niedużą fiolkę, wypełnioną niebieskawym płynem. Najpierw zwrócił się do klaczy.
- ********************. - ta w odpowiedzi jedynie pokiwała głową. Następnie odwrócił się do mnie – Proszę, wypij to, a w jednej chwili poznasz każde słowo i zasadę ich języka.
- Po co mam go znać? Nie wiem kim są. - odpowiedziałem, odsuwając od siebie płyn.
- Bo jest tu jedna osoba, która chce z tobą porozmawiać. - odparł, wskazując pyskiem klacz. Zrezygnowany, uniosłem naczynie do pyka i wypiłem jego zawartość. Poczułem jak zaczyna kręcić mi się w głowie. Rozstawiłem szeroko nogi, aby utrzymać równowagę i nie upaść.
- R-rey? Wszystko w porządku? - usłyszałem. Nie był to mój język, lecz wiedziałem co znaczą te słowa.
- Kim jest Rey? - spróbowałem ułożyć wypowiedź z masy nowych informacji, które pojawiły się w mojej głowie.
- Ty, Reamonn Adalmite Arcadia!
- Nie wiem o kim mówisz, ani czemu jedynie co pamiętam to twój pysk. - odparłem chłodno, przyglądając się jak na jej pysku pojawia się wyraz zawodu.
- Mówiłem, że nie powinnaś tego robić, Roxo. - młody ogier podszedł do niej, ewidentnie chcąc wyprowadzić ją z pomieszczenia.
- Nie! Za dużo trudów przeszłam, aby on wrócił. Nie zostawię go teraz. - odparła z godnym podziwu uporem. Słysząc jej słowa, na moim pysku pojawił się uśmiech.
- Czyli, jestem Reamonn powiadasz? - podszedłem do niej i objąłem ją jednym skrzydłem, szeroko się uśmiechając i delikatnie mrużąc oczy.
- A ja Roxolanne. Jestem, znaczy byłam przywódczynią stada Heaven Hooves, którego członkiem ty też byłeś i- - zasłoniłem jej pysk skrzydłem, aby przerwać jej wypowiedź. Heaven Hooves? Roxolanne? Ja? Śmieszne. Coś jednak podpowiadało mi, aby mimo wszystko nie przestawać i dalej słuchać jej słów. Te wszystkie informacje były dla mnie nowe, ale gdzieś w głębi czułem, że nie mógłbym im zaprzeczyć…
- Czy moglibyśmy wyjść? Chcę zobaczyć skąd się bierze to światło. - powiedziałem, wskazując pyskiem na firankę, zza której prześwitywało słońce.- Z chęcią, straszny tu zaduch. - dało się słyszeć jęk młodego ogiera.
- Nie słuchaj go. - zaśmiała się… Roxolanne. To, jak szybko poprawił się jej humor naprawdę mnie zaskoczyło. - To Paloo. Jest bogiem i moim dobrym przyjacielem, ale czasami potrafi być naprawdę dziecinny.
- Bogiem? Jak Moon? - spytałem, przypominając sobie głos z pokoju.
- Pamiętasz Moon? - zapytała, a cały jej entuzjazm gdzieś zniknął.
- Nie wiem...po prostu mam wrażenie jakbym go znał. Tak… od zawsze. - odparłem głosem bez emocji i lekko wzruszyłem skrzydłami. Zostawiłem klacz za sobą i udałem się w stronę drzwi. Silniejsze pchnięcie wystarczyło, aby otworzyły się z cichym skrzypnięciem. W jednej chwili oślepiło mnie światło. Zamrugałem kilka razy, czekając, aż moje oczy przyzwyczają się do jasności. To, co znajdowało się za drzwiczkami, było niesamowite. Wykonane z piaskowca i marmurowych bloków kamienice były ozdobione licznymi roślinnymi ornamentami. Przedemną rozciągał się duży, wyłożony kostką plac. A na placu chodziły najróżniejsze konie oraz stały liczne stragany.
- Woah. - opuściłem izbę i stanąłem przed drzwiami. To co teraz widziałem, było czymś niezwykłym w porównaniu z tą pustką i ciemnością. Liczne kolory, głosy i mieniące się niczym złoto w słońcu czyniły ten widok czymś nieziemskim.
- Za pierwszym razem zareagowałeś bardzo podobnie, wiesz? - nawet nie zauważyłem kiedy biała klacz stanęła obok mnie, delikatnie się uśmiechając. - To jest miasto bogów. Niesamowite, co?
- Chcę to zobaczyć. - powiedziałem cicho, po czym ruszyłem pędem w stronę rozstawionych na placu straganów.
- Hej, zaczekaj! - Zawołała za mną Roxolanne, ja jednak już jej nie słuchałem. Wyhamowałem przed pierwszym z nich i przystanąłem oglądając jego zawartość. Były to kolorowe filiżanki, z obrazkami wielu kwiatów, których nazw nie znałem. Nie one jednak były powodem mojego zdziwienia, lecz uśmiechnięta sprzedawczyni. Te konie po prostu tak żyły, śmiejąc się cały czas, podczas gdy ja walczyłem nad sobą, aby nie wiedzieć czemu nie wyjąć swojej długiej kosy i nie wyżyć swoich emocji na przechodzących obok koniach.
- Nie uciekaj mi tak. - biała klacz podbiegła do mnie. - Wooa! Jakie ładne! - uśmiechnęła się, patrząc na stojące filiżanki z błyskiem w oku. Miałem wrażenie, że gdyby nie ja to już by wykupiła cały stragan. Ja jednak ruszyłem wolnym krokiem dalej. Oglądałem bronie, eliksiry, książki, przedmioty codziennego użytku i owoce. Cały czas towarzyszyło mi uczucie, że znałem to wszystko a mimo tego było to nowe.
- Emm… Roxolanne? - zapytałem niepewnym głosem. Klacz oderwała się od przekupki i z prędkością światła znalazła koło mnie.
- Tak, o co chodzi?! - wypaliła takim tonem, jakbym właśnie coś złego zmalował.
- Nie, po prostu… to wszystko jest jakieś… znajome. - odparłem. Sam nie wiedziałem co o tym wszystkim myśleć. Ale w pewnym sensie, cieszył mnie uśmiech tej klaczy. Dlatego szedłem dalej.
Słońce mocno świeciło, więc po godzinie zatrzymaliśmy się pod ścianą jednej z kamienic, aby odpocząć w cieniu.
- Ale upał. - jęknęła Roxolanne. - Idę zobaczyć, czy nie sprzedają gdzieś chłodnej wody. Zaraz wrócę, czekaj tu i… nie zrób niczego głupiego okej? - powiedziała i odbiegła. Mimo, że chodziliśmy już godzinę nią cały czas targał dziwny niepokój. Tak jakbym mógł coś zrobić, coś czego ona się obawiała. Dodatkowo gdy szliśmy uliczkami zdążyła zawalić moją głowę toną informacji. Zaczynając od geografii, ważnych miast, bóstw, a kończąc na tym całym Heaven Hooves jakimś Cmentarzu, Arenie, Snow Flame i tej całej Nekromancji. A według jej opowieści wyglądało to tak, jakbym kiedyś żył sobie, żył, żył i nagle Poof!, zniknął i teraz znowu powrócił. Celowo cały czas pomijała jeden fragment tej historii. Fragment, który był powiązany z ciemnym pokojem i tym głosem, który słyszałem.
- Już jestem! - usłyszałem głos klaczy, która podbiegła do mnie, trzymając dwie miski z wodą. Podziękowałem skinieniem głowy i wziąłem od niej naczynie. Zanurzyłem pysk w chłodnym płynie.
- Twoja historia nie ma sensu. - prychnąłem. - Czegoś w niej brakuje…
- Uh? Może ci się tak wydaje. - odparła Roxolanne. Ja jednak wiedziałem, że jest to jedynie słabe kłamstwo. - Wiesz, chcę ci pokazać jeszcze kilka ciekawych rzeczy więc jak odpoczniesz to powiedz. - pokiwałem głową i wróciłem do picia. Po kilkunastu minutach słońce ustawiło się pod takim kontem, że trudno było znaleźć jakikolwiek cień. Zrezygnowaliśmy więc z odpoczynku i ruszyliśmy dalej, uprzednio odnosząc miski do straganu. Samo to, w jaki sposób to miasto funkcjonowało mnie zadziwiało. Konie nie płaciły tam jedynie pieniędzmi, lecz także wieloma przedmiotami. A kiedy ktoś w tak upalny dzień jak dzisiejszy chciał wody wydawali mu ją nawet za darmo. Spokojny spacer był ciekawym doświadczeniem po czasie spędzonym w ciemnościach. Cały czas czułem jednak, że jedna cześć mnie chciała walczyć i atakować.
Gdy doszliśmy do kolejnego z placów, ujrzałem stojącą na nim fontannę. Pośrodku stał złoty posąg. Zmęczony gorącem zignorowałem go i podbiegłem, aby ochłodzić się w bryzie wody. Dopiero gdy się zbliżyłem zauważyłem coś znajomego w dwóch sylwetkach.
- Tooo… jakieś żarty? - spojrzałem na Roxolanne. Musiałem mieć naprawdę dziwny wyraz twarzy, ponieważ klacz zaczęła się śmiać. Po chwili jednak przestała i podeszła bliżej, przyglądając się posągowi. W jednej chwili poczułem, że kolejny fragment układanki pojawił się w mojej głowie.
- Noo, to chodź, muszę ci coś pokazać! - z zamyślenia wyrwał mnie głos klaczy, próbującej odciągnąć mnie od fontanny. Z cichym westchnieniem opuściłem ‘przyjemne miejsce’ i udałem się za nią.
Po godzinie spaceru w słońcu uliczkami miasta, ciągnącymi się w nieskończoność i w dodatku pod górę, dotarliśmy na rozciągające się nad miastem urwisko. Wszystko porastała krótka trawa, a przed nami stała drewniana huśtawka. Zbliżyłem się i stanąłem na krawędzi. Rozciągający się stąd widok był oszałamiający. Promienie słońca, odbijające się od dachów i ulic powodowały, że całe miasto wręcz emanowało światłem.
- Niesamowite… - powiedziałem.
- A w nocy jest jeszcze lepiej. - Roxolanne przystanęła obok mnie. - W dzień to miasto należy do Sun, lecz w nocy jego władcą staje się Moon. Wtedy ulice ożywają, konie tańczą, świętują, a całe miasto rozświetlają latarnie… - rozmarzyła się klacz.
- To wróćmy tu wieczorem. - zaproponowałem, choć wizja tej męczącej wspinaczki wydawała mi się mało kolorowa. Ogólnie, wszystko było. Chodziliśmy po tym mieście i… rozmawialiśmy. I co? Tak mamy chodzić przez całe życie? Czy może ona wróci do tego jej stada i mnie zostawi? Czy może będzie chciała mnie zabrać ze sobą? Tyle nawijała o mojej przyszłości. Ale… jak mogłem wrócić do tego co było, skoro nic już nie pamiętałem?
- Nie możemy za długo tu przebywać. Bogowie nie mogą wiedzieć, że żyjesz. - odpowiedziała lekko smutnym głosem, siadając na huśtawce.
- Chwila moment, że żyję? Ja… umarłem? Jak, czemu?! Czemu bogowie nie mogą o tym wiedzieć? Co ukrywasz?! Czego nie chcesz mi powiedzieć?! - zacząłem krzyczeć, na co klacz jedynie zwiesiła głowę, nie patrząc mi w oczy.
- Ja nie…
- Roxolanne! - krzyknąłem. Dopiero teraz udało mi się zwrócić jej uwagę. - Ja… nie zmienisz przyszłości, uciekając od tego co było. Powiedz mi. - zbliżyłem się i oparłem głowę o jej szyję.
- Pani Ember, Pani Sun, Panie Moon! Znaleźliśmy go! - nagle nad nami dało się słyszeć czyjeś krzyki. Oboje jednocześnie unieśliśmy głowy, aby ujrzeć białą klacz, czarnego ogiera, biało-brązową klacz i wiele innych koni. Unosili się w powietrzu na niesamowitych, mistycznych skrzydłach. W tyle zauważyłem również młodego ogiera z wcześniej, jak mu tam było? Paloo, związanego łańcuchami.
- Roxolanne, córki Bring The Horizon i Eagle Eye’a! Jesteś aresztowana! - w jednej chwili na ziemie zleciało kilka pegazów w złotej zbroi, trzymających w pysku włócznie. Otoczyli Roxolanne, kierując ostrza w jej stronę.
- Sun, Moon?! - zawołała wystraszona klacz, nie używając uprzejmości.
- Wskrzesiłaś największe zagrożenie bogów, oraz znieważyłaś ich karę. Musimy zatem tym razem osądzić cię sprawiedliwie. Jesteś dla nas ważna, ale ważny jest też lud. On jest dla niego zagrożeniem. Twoim wyrokiem, jest kara śmierci! - naprzeciwko Roxolanne stanęła biała klacz, klacz słońce. Słowa wypowiedziane z jej pysku był surowe. Ja jednak przestałem ich słuchać po fragmencie największe zagrożenie bogów. Miałem wrażenie, jakby w jednym momencie cała układanka się połączyła. Miałem moc, która mogła zranić, lub nawet zabić bogów, więc zniszczyli mnie zanim stało się cokolwiek. Jednak pewna siwa klacz, która miała bardzo wielki sentyment do swojego przyjaciela, postanowiła mnie wskrzesić. Uh? Zrobiła tak wiele dla mnie?- Co ze mną? - spytałem, tym jednym krótkim zdaniem zwracając uwagę wszystkich dookoła.
- Wrócisz do mnie. - usłyszałem głos czarnego pegaza, Moon’a. Tak, to był ten sam głos, który słyszałem w ciemnym pokoju. A teraz stałem i czekałem. Tak jak inni. Widziałem wściekłość i wrogość w ich oczach. Nikt jednak nie odważył się zrobić choćby kroku w moją stronę. Trochę jakby się bali i czekali, że sam się im oddam? Po słowach Moon’a zapanowała cisza. Nikt nic nie mówił, po prostu czekali na moje ruchy. Odwróciłem i spojrzałem w stronę Roxolanne. Klacz trzęsła się, jednak patrzyła na wszystkich wzrokiem pełnym wściekłości i odwagi. Odwróciłem się w jej stronę. Zbliżyłem się do strażników, mierząc ich spojrzeniem mówiącym ‘jak się nie odsuniesz, to będzie źle’. Najwidoczniej podziałało bo pegazy zaczęły się cofać, opuszczając bronie. Zbliżyłem się do klaczy, osłaniając ja przed bogami.
- Wszystko w porządku? - zapytałem szeptem, cały czas patrząc w stronę unoszących się w powietrzu bez ruchu bogów.
- Jak mogłoby być w takiej sytuacji. - odpowiedziała, ciężko oddychając. Odwróciłem głowę, by spojrzeć w jej stronę. Czy chcę próbować ponownego powrotu, mimo że straciłem wszystko? Mam tylko tę krótką chwilę, by podjąć decyzję. Ona… była zdolna uciec i wskrzesić mnie mimo że wiedziała co ją czeka… Teraz moja kolej by się odwdzięczyć.
Odwróciłem głowę całkowicie w stronę klaczy i pocałowałem ją. Nie był to zwykły pocałunek. Po prostu nią zawładnąłem, trzymając mocno, choć próbowała się wyrwać. Usłyszałem zaskoczone głosy i szepty bogów. Na powrót przeniosłem wzrok w stronę klaczy. Ujrzałem jak na jej barku wypala się średniej wielkości znak przedstawiający czaszkę, oplecioną różami. Wypalanie znaku musiało boleć, ponieważ klacz cały czas szarpała się i kopała. Gdy całość była gotowa, puściłem klacz, składając ostatni, delikatny pocałunek na jej pysku. Zmęczona Roxolanne osunęła się na ziemię. Zasłoniłem ją swoim ciałem i spojrzałem wrogo w stronę bogów.
- Ona jest moja. - odpowiedziałem. Nie wiem skąd, ale wiedziałem o oznaczeniach. Naznaczając konia obiecuje się opiekę i wierność, co działa w obie strony. Oznaczenie nie jest jednak znakiem partnerskim. Działa to trochę jak połączenie typu dama-jej rycerz w średniowieczu, tyle że z obu stron takie samo i bardziej zobowiązujące. - Ktokolwiek ją skrzywdzi będzie miał do czynienia ze mną. - I raczej nikt tego nie chce, dodałem w myślach. Wiedziałem, że robiąc to uwalniam ją od wyroku, ale sprowadzam na nas niezwykłe przekleństwo. Widząc zakłopotane pyski bogów odwróciłem się do nich tyłem i zbliżyłem do klaczy. Ta była kompletnie pozbawiona sił i dyszała ciężko. Złapałem ją za jedną nogę i przerzuciłem sobie przez plecy.
- Ty… Gdzie idziesz?! - usłyszałem wściekły wrzask Ember jak tylko zniknęliśmy w jednej z uliczek miasta. Gdy doszliśmy do jednego z placów rozłożyłem szeroko skrzydła. Uśmiechnąłem się szeroko i zwróciłem szeptem do leżącej na moich plecach klaczy.
- No to gdzie te Heaven Hooves?
THE END
Roxolanne?
Z tego dziwnego stanu rozbudziły mnie ciche odgłosy. Szmery, stukanie kopyt i gwar. Zupełnie inne od ciszy, która była w pokoju. Pokoju, z którego wspomnienia powoli zacierały się w mojej głowie. To właśnie ta pustka budziła we mnie cichy lęk. Delikatnie otworzyłem oczy. Pierwsze co zobaczyłem to wnętrze starej izby. W środku było ciemno, ale mimo tego nie miałem problemu z zauważeniem licznych fiolek i misek stojących na półkach. Stało tam też dużo książek, starych przedmiotów i… sztyletów. Cały wygląd wydał mi się dziwnie znajomy. Cały strach i niepokój znikł w jednej chwili. Potem spojrzałem pod nogi. Stałem na pewnego rodzaju drewnianym podeście, wokół którego stały trzy konie. Jednym z nich był młody ogier, drugim stary, cały obwieszony bransoletami i kolczykami. Ostatnim znajdującym się w pomieszczeniu koniem była klacz, biała klacz. Owszem, mogłem się mylić, lecz byłem pewny, że to jej pysk utkwił w mojej pamięci. Ale czemu? Kim ona była?
Zeskoczyłem z podestu, co sprawiło że konie cofnęły się do tyłu.
- Kim jesteś? Czemu pamiętam ciebie? - zapytałem. Klacz jednak nic nie odpowiedziała. Zwróciła głowę do młodszego ogiera i wypowiedziała coś w niezrozumiały dla mnie języku.
- ************************ - stałem i przyglądałem się jej zachowaniu. Był w nim strach, ale przeważała złość i… dobroć?
- *******************. - odpowiedział ogier i cofnął się kilka kroków do tyłu.
- O co chodzi, kim jesteście!? - prawie krzyknąłem, zdenerwowany całą sytuacją. Siwa klacz, gdy tylko usłyszała mój podniesiony głos, cofnęła się kilka kroków do tyłu. Pokój był niewielki, więc uderzyła w stojący pod ścianą regał. Półki zachwiały się i spadło z nich kilka słoików wypełnionych płynami o przeróżnych kolorach.
- Spokojnie przyjacielu. - Powiedział stary ogier, a następnie zwrócił się do klaczy. Wypowiedział kilka niezrozumiałych dla mnie słów i schylił się, aby pozbierać rozbite szkło. - Oni nie rozumieją języka umarłych.
- Tak samo jak ja ich. - odpowiedziałem, ignorując dwa pozostałe konie i skupiając się na czarowniku… czy raczej… nekromancie.
- Wiem. Mam jednak coś, co może ci pomóc. - powiedział i ruszył do jednej z półek zostawiając za sobą resztę rozbitych naczyń. Po chwili wrócił, trzymając w pysku niedużą fiolkę, wypełnioną niebieskawym płynem. Najpierw zwrócił się do klaczy.
- ********************. - ta w odpowiedzi jedynie pokiwała głową. Następnie odwrócił się do mnie – Proszę, wypij to, a w jednej chwili poznasz każde słowo i zasadę ich języka.
- Po co mam go znać? Nie wiem kim są. - odpowiedziałem, odsuwając od siebie płyn.
- Bo jest tu jedna osoba, która chce z tobą porozmawiać. - odparł, wskazując pyskiem klacz. Zrezygnowany, uniosłem naczynie do pyka i wypiłem jego zawartość. Poczułem jak zaczyna kręcić mi się w głowie. Rozstawiłem szeroko nogi, aby utrzymać równowagę i nie upaść.
- R-rey? Wszystko w porządku? - usłyszałem. Nie był to mój język, lecz wiedziałem co znaczą te słowa.
- Kim jest Rey? - spróbowałem ułożyć wypowiedź z masy nowych informacji, które pojawiły się w mojej głowie.
- Ty, Reamonn Adalmite Arcadia!
- Nie wiem o kim mówisz, ani czemu jedynie co pamiętam to twój pysk. - odparłem chłodno, przyglądając się jak na jej pysku pojawia się wyraz zawodu.
- Mówiłem, że nie powinnaś tego robić, Roxo. - młody ogier podszedł do niej, ewidentnie chcąc wyprowadzić ją z pomieszczenia.
- Nie! Za dużo trudów przeszłam, aby on wrócił. Nie zostawię go teraz. - odparła z godnym podziwu uporem. Słysząc jej słowa, na moim pysku pojawił się uśmiech.
- Czyli, jestem Reamonn powiadasz? - podszedłem do niej i objąłem ją jednym skrzydłem, szeroko się uśmiechając i delikatnie mrużąc oczy.
- A ja Roxolanne. Jestem, znaczy byłam przywódczynią stada Heaven Hooves, którego członkiem ty też byłeś i- - zasłoniłem jej pysk skrzydłem, aby przerwać jej wypowiedź. Heaven Hooves? Roxolanne? Ja? Śmieszne. Coś jednak podpowiadało mi, aby mimo wszystko nie przestawać i dalej słuchać jej słów. Te wszystkie informacje były dla mnie nowe, ale gdzieś w głębi czułem, że nie mógłbym im zaprzeczyć…
- Czy moglibyśmy wyjść? Chcę zobaczyć skąd się bierze to światło. - powiedziałem, wskazując pyskiem na firankę, zza której prześwitywało słońce.- Z chęcią, straszny tu zaduch. - dało się słyszeć jęk młodego ogiera.
- Nie słuchaj go. - zaśmiała się… Roxolanne. To, jak szybko poprawił się jej humor naprawdę mnie zaskoczyło. - To Paloo. Jest bogiem i moim dobrym przyjacielem, ale czasami potrafi być naprawdę dziecinny.
- Bogiem? Jak Moon? - spytałem, przypominając sobie głos z pokoju.
- Pamiętasz Moon? - zapytała, a cały jej entuzjazm gdzieś zniknął.
- Nie wiem...po prostu mam wrażenie jakbym go znał. Tak… od zawsze. - odparłem głosem bez emocji i lekko wzruszyłem skrzydłami. Zostawiłem klacz za sobą i udałem się w stronę drzwi. Silniejsze pchnięcie wystarczyło, aby otworzyły się z cichym skrzypnięciem. W jednej chwili oślepiło mnie światło. Zamrugałem kilka razy, czekając, aż moje oczy przyzwyczają się do jasności. To, co znajdowało się za drzwiczkami, było niesamowite. Wykonane z piaskowca i marmurowych bloków kamienice były ozdobione licznymi roślinnymi ornamentami. Przedemną rozciągał się duży, wyłożony kostką plac. A na placu chodziły najróżniejsze konie oraz stały liczne stragany.
- Woah. - opuściłem izbę i stanąłem przed drzwiami. To co teraz widziałem, było czymś niezwykłym w porównaniu z tą pustką i ciemnością. Liczne kolory, głosy i mieniące się niczym złoto w słońcu czyniły ten widok czymś nieziemskim.
- Za pierwszym razem zareagowałeś bardzo podobnie, wiesz? - nawet nie zauważyłem kiedy biała klacz stanęła obok mnie, delikatnie się uśmiechając. - To jest miasto bogów. Niesamowite, co?
- Chcę to zobaczyć. - powiedziałem cicho, po czym ruszyłem pędem w stronę rozstawionych na placu straganów.
- Hej, zaczekaj! - Zawołała za mną Roxolanne, ja jednak już jej nie słuchałem. Wyhamowałem przed pierwszym z nich i przystanąłem oglądając jego zawartość. Były to kolorowe filiżanki, z obrazkami wielu kwiatów, których nazw nie znałem. Nie one jednak były powodem mojego zdziwienia, lecz uśmiechnięta sprzedawczyni. Te konie po prostu tak żyły, śmiejąc się cały czas, podczas gdy ja walczyłem nad sobą, aby nie wiedzieć czemu nie wyjąć swojej długiej kosy i nie wyżyć swoich emocji na przechodzących obok koniach.
- Nie uciekaj mi tak. - biała klacz podbiegła do mnie. - Wooa! Jakie ładne! - uśmiechnęła się, patrząc na stojące filiżanki z błyskiem w oku. Miałem wrażenie, że gdyby nie ja to już by wykupiła cały stragan. Ja jednak ruszyłem wolnym krokiem dalej. Oglądałem bronie, eliksiry, książki, przedmioty codziennego użytku i owoce. Cały czas towarzyszyło mi uczucie, że znałem to wszystko a mimo tego było to nowe.
- Emm… Roxolanne? - zapytałem niepewnym głosem. Klacz oderwała się od przekupki i z prędkością światła znalazła koło mnie.
- Tak, o co chodzi?! - wypaliła takim tonem, jakbym właśnie coś złego zmalował.
- Nie, po prostu… to wszystko jest jakieś… znajome. - odparłem. Sam nie wiedziałem co o tym wszystkim myśleć. Ale w pewnym sensie, cieszył mnie uśmiech tej klaczy. Dlatego szedłem dalej.
Słońce mocno świeciło, więc po godzinie zatrzymaliśmy się pod ścianą jednej z kamienic, aby odpocząć w cieniu.
- Ale upał. - jęknęła Roxolanne. - Idę zobaczyć, czy nie sprzedają gdzieś chłodnej wody. Zaraz wrócę, czekaj tu i… nie zrób niczego głupiego okej? - powiedziała i odbiegła. Mimo, że chodziliśmy już godzinę nią cały czas targał dziwny niepokój. Tak jakbym mógł coś zrobić, coś czego ona się obawiała. Dodatkowo gdy szliśmy uliczkami zdążyła zawalić moją głowę toną informacji. Zaczynając od geografii, ważnych miast, bóstw, a kończąc na tym całym Heaven Hooves jakimś Cmentarzu, Arenie, Snow Flame i tej całej Nekromancji. A według jej opowieści wyglądało to tak, jakbym kiedyś żył sobie, żył, żył i nagle Poof!, zniknął i teraz znowu powrócił. Celowo cały czas pomijała jeden fragment tej historii. Fragment, który był powiązany z ciemnym pokojem i tym głosem, który słyszałem.
- Już jestem! - usłyszałem głos klaczy, która podbiegła do mnie, trzymając dwie miski z wodą. Podziękowałem skinieniem głowy i wziąłem od niej naczynie. Zanurzyłem pysk w chłodnym płynie.
- Twoja historia nie ma sensu. - prychnąłem. - Czegoś w niej brakuje…
- Uh? Może ci się tak wydaje. - odparła Roxolanne. Ja jednak wiedziałem, że jest to jedynie słabe kłamstwo. - Wiesz, chcę ci pokazać jeszcze kilka ciekawych rzeczy więc jak odpoczniesz to powiedz. - pokiwałem głową i wróciłem do picia. Po kilkunastu minutach słońce ustawiło się pod takim kontem, że trudno było znaleźć jakikolwiek cień. Zrezygnowaliśmy więc z odpoczynku i ruszyliśmy dalej, uprzednio odnosząc miski do straganu. Samo to, w jaki sposób to miasto funkcjonowało mnie zadziwiało. Konie nie płaciły tam jedynie pieniędzmi, lecz także wieloma przedmiotami. A kiedy ktoś w tak upalny dzień jak dzisiejszy chciał wody wydawali mu ją nawet za darmo. Spokojny spacer był ciekawym doświadczeniem po czasie spędzonym w ciemnościach. Cały czas czułem jednak, że jedna cześć mnie chciała walczyć i atakować.
Gdy doszliśmy do kolejnego z placów, ujrzałem stojącą na nim fontannę. Pośrodku stał złoty posąg. Zmęczony gorącem zignorowałem go i podbiegłem, aby ochłodzić się w bryzie wody. Dopiero gdy się zbliżyłem zauważyłem coś znajomego w dwóch sylwetkach.
- Tooo… jakieś żarty? - spojrzałem na Roxolanne. Musiałem mieć naprawdę dziwny wyraz twarzy, ponieważ klacz zaczęła się śmiać. Po chwili jednak przestała i podeszła bliżej, przyglądając się posągowi. W jednej chwili poczułem, że kolejny fragment układanki pojawił się w mojej głowie.
- Noo, to chodź, muszę ci coś pokazać! - z zamyślenia wyrwał mnie głos klaczy, próbującej odciągnąć mnie od fontanny. Z cichym westchnieniem opuściłem ‘przyjemne miejsce’ i udałem się za nią.
Po godzinie spaceru w słońcu uliczkami miasta, ciągnącymi się w nieskończoność i w dodatku pod górę, dotarliśmy na rozciągające się nad miastem urwisko. Wszystko porastała krótka trawa, a przed nami stała drewniana huśtawka. Zbliżyłem się i stanąłem na krawędzi. Rozciągający się stąd widok był oszałamiający. Promienie słońca, odbijające się od dachów i ulic powodowały, że całe miasto wręcz emanowało światłem.
- Niesamowite… - powiedziałem.
- A w nocy jest jeszcze lepiej. - Roxolanne przystanęła obok mnie. - W dzień to miasto należy do Sun, lecz w nocy jego władcą staje się Moon. Wtedy ulice ożywają, konie tańczą, świętują, a całe miasto rozświetlają latarnie… - rozmarzyła się klacz.
- To wróćmy tu wieczorem. - zaproponowałem, choć wizja tej męczącej wspinaczki wydawała mi się mało kolorowa. Ogólnie, wszystko było. Chodziliśmy po tym mieście i… rozmawialiśmy. I co? Tak mamy chodzić przez całe życie? Czy może ona wróci do tego jej stada i mnie zostawi? Czy może będzie chciała mnie zabrać ze sobą? Tyle nawijała o mojej przyszłości. Ale… jak mogłem wrócić do tego co było, skoro nic już nie pamiętałem?
- Nie możemy za długo tu przebywać. Bogowie nie mogą wiedzieć, że żyjesz. - odpowiedziała lekko smutnym głosem, siadając na huśtawce.
- Chwila moment, że żyję? Ja… umarłem? Jak, czemu?! Czemu bogowie nie mogą o tym wiedzieć? Co ukrywasz?! Czego nie chcesz mi powiedzieć?! - zacząłem krzyczeć, na co klacz jedynie zwiesiła głowę, nie patrząc mi w oczy.
- Ja nie…
- Roxolanne! - krzyknąłem. Dopiero teraz udało mi się zwrócić jej uwagę. - Ja… nie zmienisz przyszłości, uciekając od tego co było. Powiedz mi. - zbliżyłem się i oparłem głowę o jej szyję.
- Pani Ember, Pani Sun, Panie Moon! Znaleźliśmy go! - nagle nad nami dało się słyszeć czyjeś krzyki. Oboje jednocześnie unieśliśmy głowy, aby ujrzeć białą klacz, czarnego ogiera, biało-brązową klacz i wiele innych koni. Unosili się w powietrzu na niesamowitych, mistycznych skrzydłach. W tyle zauważyłem również młodego ogiera z wcześniej, jak mu tam było? Paloo, związanego łańcuchami.
- Roxolanne, córki Bring The Horizon i Eagle Eye’a! Jesteś aresztowana! - w jednej chwili na ziemie zleciało kilka pegazów w złotej zbroi, trzymających w pysku włócznie. Otoczyli Roxolanne, kierując ostrza w jej stronę.
- Sun, Moon?! - zawołała wystraszona klacz, nie używając uprzejmości.
- Wskrzesiłaś największe zagrożenie bogów, oraz znieważyłaś ich karę. Musimy zatem tym razem osądzić cię sprawiedliwie. Jesteś dla nas ważna, ale ważny jest też lud. On jest dla niego zagrożeniem. Twoim wyrokiem, jest kara śmierci! - naprzeciwko Roxolanne stanęła biała klacz, klacz słońce. Słowa wypowiedziane z jej pysku był surowe. Ja jednak przestałem ich słuchać po fragmencie największe zagrożenie bogów. Miałem wrażenie, jakby w jednym momencie cała układanka się połączyła. Miałem moc, która mogła zranić, lub nawet zabić bogów, więc zniszczyli mnie zanim stało się cokolwiek. Jednak pewna siwa klacz, która miała bardzo wielki sentyment do swojego przyjaciela, postanowiła mnie wskrzesić. Uh? Zrobiła tak wiele dla mnie?- Co ze mną? - spytałem, tym jednym krótkim zdaniem zwracając uwagę wszystkich dookoła.
- Wrócisz do mnie. - usłyszałem głos czarnego pegaza, Moon’a. Tak, to był ten sam głos, który słyszałem w ciemnym pokoju. A teraz stałem i czekałem. Tak jak inni. Widziałem wściekłość i wrogość w ich oczach. Nikt jednak nie odważył się zrobić choćby kroku w moją stronę. Trochę jakby się bali i czekali, że sam się im oddam? Po słowach Moon’a zapanowała cisza. Nikt nic nie mówił, po prostu czekali na moje ruchy. Odwróciłem i spojrzałem w stronę Roxolanne. Klacz trzęsła się, jednak patrzyła na wszystkich wzrokiem pełnym wściekłości i odwagi. Odwróciłem się w jej stronę. Zbliżyłem się do strażników, mierząc ich spojrzeniem mówiącym ‘jak się nie odsuniesz, to będzie źle’. Najwidoczniej podziałało bo pegazy zaczęły się cofać, opuszczając bronie. Zbliżyłem się do klaczy, osłaniając ja przed bogami.
- Wszystko w porządku? - zapytałem szeptem, cały czas patrząc w stronę unoszących się w powietrzu bez ruchu bogów.
- Jak mogłoby być w takiej sytuacji. - odpowiedziała, ciężko oddychając. Odwróciłem głowę, by spojrzeć w jej stronę. Czy chcę próbować ponownego powrotu, mimo że straciłem wszystko? Mam tylko tę krótką chwilę, by podjąć decyzję. Ona… była zdolna uciec i wskrzesić mnie mimo że wiedziała co ją czeka… Teraz moja kolej by się odwdzięczyć.
Odwróciłem głowę całkowicie w stronę klaczy i pocałowałem ją. Nie był to zwykły pocałunek. Po prostu nią zawładnąłem, trzymając mocno, choć próbowała się wyrwać. Usłyszałem zaskoczone głosy i szepty bogów. Na powrót przeniosłem wzrok w stronę klaczy. Ujrzałem jak na jej barku wypala się średniej wielkości znak przedstawiający czaszkę, oplecioną różami. Wypalanie znaku musiało boleć, ponieważ klacz cały czas szarpała się i kopała. Gdy całość była gotowa, puściłem klacz, składając ostatni, delikatny pocałunek na jej pysku. Zmęczona Roxolanne osunęła się na ziemię. Zasłoniłem ją swoim ciałem i spojrzałem wrogo w stronę bogów.
- Ona jest moja. - odpowiedziałem. Nie wiem skąd, ale wiedziałem o oznaczeniach. Naznaczając konia obiecuje się opiekę i wierność, co działa w obie strony. Oznaczenie nie jest jednak znakiem partnerskim. Działa to trochę jak połączenie typu dama-jej rycerz w średniowieczu, tyle że z obu stron takie samo i bardziej zobowiązujące. - Ktokolwiek ją skrzywdzi będzie miał do czynienia ze mną. - I raczej nikt tego nie chce, dodałem w myślach. Wiedziałem, że robiąc to uwalniam ją od wyroku, ale sprowadzam na nas niezwykłe przekleństwo. Widząc zakłopotane pyski bogów odwróciłem się do nich tyłem i zbliżyłem do klaczy. Ta była kompletnie pozbawiona sił i dyszała ciężko. Złapałem ją za jedną nogę i przerzuciłem sobie przez plecy.
- Ty… Gdzie idziesz?! - usłyszałem wściekły wrzask Ember jak tylko zniknęliśmy w jednej z uliczek miasta. Gdy doszliśmy do jednego z placów rozłożyłem szeroko skrzydła. Uśmiechnąłem się szeroko i zwróciłem szeptem do leżącej na moich plecach klaczy.
- No to gdzie te Heaven Hooves?
THE END
Roxolanne?
Od Roxolanne - Przyszłość, która nadejdzie. cz. 6
Pod przykrywką mojej resocjalizacji wyszliśmy z pałacu, który teraz pełnił rolę mojego osobistego więzienia.
Przechodziliśmy pośród tych wszystkich kamienic, które zwiedzałam z odpadkami mojego stryja. Obok fontanny, w której wylądowaliśmy.
Spuściłam wzrok na ziemię. Czy na prawdę tego chcę?
- Zobacz. Postawili nowy pomnik. - uśmiechnął się złowieszczo mój towarzysz.
- Niewiarygodne. - szepnęłam i przystanęłam.
Wykonany ze złota pomnik fontanny a w niej klacz i ogier. Podczas gdy ona leży w wodzie na plecach, on rozkłada nad nią skrzydła. Znałam te twarze.
- Przecież to ja i Rey! - zaśmiałam się.
- Ty i odpadki. - sprowadził mnie na ziemię.
- Tak zachowują się odpadki?
Nie odpowiedział mi. Nadal uważał, że to zły, wręcz tragiczny pomysł. Mimo to, przecież mi pomagał.
Stanęliśmy przed piętrową kamienicą. Zapukaliśmy w stare, spróchniałe, zdobione drzwi. Otworzyły się skrzypiąc. Niepewnie weszłam do środka.
- Jest tu kto?
Odpowiedziało echo.
- Może on już tu nie mieszka? Chodźmy. - Bóg znalazł okazję by odwołać ten niedorzeczny plan.
- Kto zakłóca mój spokój? odpowiedział nam chłodny głos.
- Paloo i Roxolanne. - przedstawiłam Nas nieco niepewnie
Ciemność pomieszczenia rozjaśniły pojedyncze świece. Kotary okien odsłoniły się jak na niewidzialny znak dodając chłodnemu pomieszczeniu odrobinę światła. Jakoś nie sprawiło to, że poczuliśmy się lepiej. Oprócz postaci w płaszczu ukazały Nam się dwa szkielety; dużego psa i tygrysa. To zapewne one otworzyły drzwi i rozjaśniły pomieszczenie.
- Jego powrót do życia graniczy z cudem, ale mogę się tego podjąć. - oznajmił z uśmieszkiem na pysku kłaniając się starszy wiekiem wałach. - Wasze wysokości.
Razem z Bogiem spojrzeliśmy po sobie, a wkrótce po tym, jak objaśniliśmy wszystko, rozpoczęła się ceremonia.
- Coraz bardziej uważam, że jest to poraniony pomysł. - stwierdził niepewnie łaciaty ogier.
- Reamonn ożyje, ale nie ożyje jego charakter. Cechy Moona utonęły bezpowrotnie w morzu umarłych. - mruknął nekromanta
- To znaczy? - zmarszczyłam brwi.
- Jego charakter będzie kształtował się od nowa. Od wszystkiego zależy jakim koniem się stanie. Moce jednak pozostaną. Wspomnienia nie koniecznie.
- Widzisz? Nawet Cię nie będzie pamiętał. - ogier próbował mi przemówić do rozsądku.
- Widzisz? Nawet Cię nie będzie pamiętał. - ogier próbował mi przemówić do rozsądku.
- Ufam Panu. Wiem, że potrafi Pan to zrobić. Zaczynajmy, dobrze? - westchnęłam ignorując jego uwagi.
Byłam poddenerwowana.. Do granic.
Ponury domownik zaczął wypowiadać nieznane przynajmniej mi wyrazy. W całym pomieszczeniu rozległy się jęki i odgłosy dudniące w naszych uszach. Byłam pod zbytnim wrażeniem by nie patrzeć czy nie słuchać, chociaż barzo chciałam zakończyć ich świdrowanie w mojej głowie.
Jedyne słowa jakie zrozumiałam, to 'Reamonn Aldamite Arcadia"... Mniej więcej. Wypowiadane były one co najmniej dziesięć razy. W pokoju pojawiły się szkielety najróżniejszych postaci.Ze zdumieniem przyglądałam się, jak tworzą się i rozpadają w pył kolejne. Zaczynając od szkieletu małej myszy, kończąc na na szczęście niedokończonej postaci mamuta. Na środku zaś, białe kości stojącego konia. Po chwili wokół nich zebrała się masa czarnego dymu owijająca i tworząca resztę ciała. Wreszcie mgła powoli opadła, przymrużyłam oczy, aby cokolwiek widzieć. Z czarnej mgły coraz bardziej widoczna była postać konia. W końcu po ceremonii nie było śladu. Wszystkie kości zniknęły, a głosy umilkły. Westchnęłam zamykając oczy i nie zdając sobie sprawy z tego, że jestem czerwona jak burak. Na środku stał zaś ogier z długą grzywą i ogonem. Mający na sobie znaną mi już pelerynę. Tak. To był właśnie on.
Di end
Di end
Od Roxolanne - Przyszłość, która nadejdzie cz. 5
Obudziłam się z potwornym bólem głowy. Mlasnęłam. Zachciało mi się pić. Otworzyłam oczy i zmarszczyłam brwi próbując sobie skojarzyć; gdzie jestem?
Znajome ściany i meble. Wszędzie panowała jasność, oraz kwitły kwiaty. Jestem w moim pałacu w Dolinie Królów. Jednak w oknach były kraty. Przyjazne miejsce, mój własny azyl.. Nagle wydał mi się małą złotą klatką z której nie ma ucieczki. Zrobiłam to, co akurat wydało mi się najsensowniejsze po walce z Bóstwami. Podeszłam do źródełka i zaczęłam pić.
Kątem oka zauważyłam strażnika stojącego przy drzwiach. Podeszłam do konia odwróconego tyłem. Był to mój... Em.. przyjaciel.
- Już się obudziłaś. - uśmiechnął się.
- Nie rozumiem. Tak okropnie Cię potraktowałam, a Ty jesteś tutaj i jeszcze ze mną rozmawiasz. - zmrużyłam oczy próbując ogarnąć jego myśli.
- Milknij, bo się rozmyślę. - przewrócił oczyma przyprawiając mnie o śmiech.
- Co się stało? - chwyciłam się za wciąż pobolewającą głowę.
- Dostałaś silne środki nasenne i na uspokojenie. W sali tronowej narobiłaś niezłego zamieszania. Spałaś trzy dni.
- Uuu.. - skrzywiłam się. - A Ember?
- Siedzi naburmuszona przez ten cały czas. Uraziłaś jej dumę.
- Hah. Stara padlina.
- Nie mów tak. Jest Twoją prababką. Zasługuje na trochę szacunku.
- Zabiła mojego przyjaciela. Od początku jej nie pasował. - naburmuszyłam się przełykając.
- Ja.. Wszystko już wiem. Ale... wejdźmy do środka. - ściszył głos. - Wilki w ścianach. - puścił mi oczko. Obydwoje wiedzieliśmy co to znaczy.
Gdy rozsiedliśmy się na kanapie, zaczął mówić: [...]
Paloo opowiedział mi o wszystkim, o czym się dowiedział. O charakterze Moona i jego odpadkach, o czynach Ember..
- To niemożliwe. - kiwnęłam przecząco głową patrząc gdzieś w podłogę.
- To wszystko, co wiem. - wzruszył ramionami
- On nie mógł być odpadkami charakteru Moona! - spojrzałam na niego jak na wariata.
- Niestety, to prawda. - Jego wyraz wskazywał tlko na jedno. Mówił śmiertelnie poważnie.
- Na pewno znajdzie się sposób, aby on wrócił.
- Nie ma. - oznajmił stanowczo.
- Paloo.. Proszę. - spojrzałam na niego błagalnie. - Ja muszę go zobaczyć.
- Dlaczego jesteś aż tak naiwna? TO COŚ... on... ON... - poprawił się - nie miał uczuć. Miał Cię za nic. Dlaczego chcesz go na siłę odzyskać?
- Nie zrozumiesz mnie, Paloo. Nikt mnie nie zrozumie. Nawet ja sama. Po prostu muszę... Paloo... - uśmiechnęłam się do niego.
- Co? - zmrużył oczy.
- Ty doskonale wiesz co.
- westchnął wiedząc, że nie odpuszczę. - Jest jeden sposób. - oznajmił niepewnie.
Popatrzyłam wyczekująco w jego oczy.
- Ale jest to prawie niemożliwe i bardzo niebezpieczne. - spojrzał z rezygnacją w dół.
- Paloo.. - przywróciłam go do porządku.
- Musimy się stąd wydostać. W Dolinie mieszka jeden koń, który potrafi robić takie rzeczy. Stary nekromanta. Nikt nie wie, ile on ma na prawdę lat. On sam przestał już liczyć. Podobno rodzina Acoose. - zaczął mówić z pasją w oczach.
- Prowadź.
Znajome ściany i meble. Wszędzie panowała jasność, oraz kwitły kwiaty. Jestem w moim pałacu w Dolinie Królów. Jednak w oknach były kraty. Przyjazne miejsce, mój własny azyl.. Nagle wydał mi się małą złotą klatką z której nie ma ucieczki. Zrobiłam to, co akurat wydało mi się najsensowniejsze po walce z Bóstwami. Podeszłam do źródełka i zaczęłam pić.
Kątem oka zauważyłam strażnika stojącego przy drzwiach. Podeszłam do konia odwróconego tyłem. Był to mój... Em.. przyjaciel.
- Już się obudziłaś. - uśmiechnął się.
- Nie rozumiem. Tak okropnie Cię potraktowałam, a Ty jesteś tutaj i jeszcze ze mną rozmawiasz. - zmrużyłam oczy próbując ogarnąć jego myśli.
- Milknij, bo się rozmyślę. - przewrócił oczyma przyprawiając mnie o śmiech.
- Co się stało? - chwyciłam się za wciąż pobolewającą głowę.
- Dostałaś silne środki nasenne i na uspokojenie. W sali tronowej narobiłaś niezłego zamieszania. Spałaś trzy dni.
- Uuu.. - skrzywiłam się. - A Ember?
- Siedzi naburmuszona przez ten cały czas. Uraziłaś jej dumę.
- Hah. Stara padlina.
- Nie mów tak. Jest Twoją prababką. Zasługuje na trochę szacunku.
- Zabiła mojego przyjaciela. Od początku jej nie pasował. - naburmuszyłam się przełykając.
- Ja.. Wszystko już wiem. Ale... wejdźmy do środka. - ściszył głos. - Wilki w ścianach. - puścił mi oczko. Obydwoje wiedzieliśmy co to znaczy.
Gdy rozsiedliśmy się na kanapie, zaczął mówić: [...]
Paloo opowiedział mi o wszystkim, o czym się dowiedział. O charakterze Moona i jego odpadkach, o czynach Ember..
- To niemożliwe. - kiwnęłam przecząco głową patrząc gdzieś w podłogę.
- To wszystko, co wiem. - wzruszył ramionami
- On nie mógł być odpadkami charakteru Moona! - spojrzałam na niego jak na wariata.
- Niestety, to prawda. - Jego wyraz wskazywał tlko na jedno. Mówił śmiertelnie poważnie.
- Na pewno znajdzie się sposób, aby on wrócił.
- Nie ma. - oznajmił stanowczo.
- Paloo.. Proszę. - spojrzałam na niego błagalnie. - Ja muszę go zobaczyć.
- Dlaczego jesteś aż tak naiwna? TO COŚ... on... ON... - poprawił się - nie miał uczuć. Miał Cię za nic. Dlaczego chcesz go na siłę odzyskać?
- Nie zrozumiesz mnie, Paloo. Nikt mnie nie zrozumie. Nawet ja sama. Po prostu muszę... Paloo... - uśmiechnęłam się do niego.
- Co? - zmrużył oczy.
- Ty doskonale wiesz co.
- westchnął wiedząc, że nie odpuszczę. - Jest jeden sposób. - oznajmił niepewnie.
Popatrzyłam wyczekująco w jego oczy.
- Ale jest to prawie niemożliwe i bardzo niebezpieczne. - spojrzał z rezygnacją w dół.
- Paloo.. - przywróciłam go do porządku.
- Musimy się stąd wydostać. W Dolinie mieszka jeden koń, który potrafi robić takie rzeczy. Stary nekromanta. Nikt nie wie, ile on ma na prawdę lat. On sam przestał już liczyć. Podobno rodzina Acoose. - zaczął mówić z pasją w oczach.
- Prowadź.
Od Roxolanne - Przyszłość, która nadejdzie. cz.4
Wparowałam z hukiem do sali tronowej wszystkich świętych. Sun od razu wstała patrząc na mój krok. Był to pierwszy raz, gdy potraktowałam ich wszystkich jak... no... Jak nie ich. Nie najwyższych Bogów. Żadnego ukłonu, uśmiechu, czy chociażby zapowiedzenia mojego przyjścia. Jeszcze chwilę temu rzucałam kulami ognia w strażników. Szlam pewnym krokiem patrząc tylko, z pogardą, na jedną osobę - Ember.
- Roxolanne. - wstała Bogini słońca patrząc na mnie krytycznie. - Co to ma znaczyć?
Zignorowałam ją.
Nim doszłam do Pani Nirvany, zaczęłam rzucać w nią wszystkim, co miałam do zaoferowania w asortymencie. Wszystkim, co tylko miałam w zanadrzu. Wszystkimi zaklęciami. Bogowie wstali i przyglądali się z minami oburzenia nie robiąc nic. Sun widocznie domyśliła się o co chodzi i usiadła, bezradnie patrząc.
Ember wyciągnęła swój miecz i zaczęła łamać nim moje zaklęcia, jakby były one dla niej tylko papierowymi samolocikami, lub kulkami z papieru. Wtedy ze wściekłością rozpędziłam się i rzuciłam się na nią powalając na ziemię.
- Jak mogłaś?! TO BYŁ MÓJ PRZYJACIEL!!! - wykrzyczałam okładając Boginię. Cios za ciosem nie przestając ani na chwilę.
Jej miecz sunął się po szklanej podłodze jakieś osiem metrów od Nas.
- Jesteś teraz bezbronna, co? - zaśmiałam się nerwowo z satysfakcją kładąc kopyta na jej szyi.
Wiedziałam, że posiada coś, czego ja nie. Nieśmiertelność. W głębi siebie czułam jednak, że muszę tak zrobić. Zdawałam sobie też sprawę z tego że robiąc to, mogę stracić wszystko. Nawet życie. Pośmiertne życie w Dolinie Królów. Mogę też wylądować na skale obok Jaspera. Bogowie wiedzą jakie jeszcze kary spotykają takich ludzi jak ja.
Podbiegł do nas Paloo i próbował mnie odciągnąć. Nie dał jednak rady.
- Jak mogłaś?!! - zaczęłam płakać.
Podbiegli inni Bogowie, wśród których straciłam siły i mnie odciągnęli. Patrzyłam na nią z nienawiścią.
- Puśćcie mnie! Ignoranci! Egoiści! Wszyscy jesteście siebie warci! W Dolinie Królów nie powinien zasiadać żaden z Was! Uczucia zwykłych koni się dla Was nie liczą! Bo po co!? Kolejny koń stracił życie! HA HA HA!
Zwariowałam. Jestem cholerną idiotką.
- Lanne, błagam, opanuj się! - krzyknął Paloo po raz ostatni.
On już wiedział co mnie czeka.
- Taki z Ciebie przyjaciel od siedmiu boleści! Jesteś taki sam jak oni!
Wtem zaczęło mi się kręcić w głowie. Przed oczami pojawiła się mgła, a ja z hukiem upadłam na podłogę.
- Roxolanne. - wstała Bogini słońca patrząc na mnie krytycznie. - Co to ma znaczyć?
Zignorowałam ją.
Nim doszłam do Pani Nirvany, zaczęłam rzucać w nią wszystkim, co miałam do zaoferowania w asortymencie. Wszystkim, co tylko miałam w zanadrzu. Wszystkimi zaklęciami. Bogowie wstali i przyglądali się z minami oburzenia nie robiąc nic. Sun widocznie domyśliła się o co chodzi i usiadła, bezradnie patrząc.
Ember wyciągnęła swój miecz i zaczęła łamać nim moje zaklęcia, jakby były one dla niej tylko papierowymi samolocikami, lub kulkami z papieru. Wtedy ze wściekłością rozpędziłam się i rzuciłam się na nią powalając na ziemię.
- Jak mogłaś?! TO BYŁ MÓJ PRZYJACIEL!!! - wykrzyczałam okładając Boginię. Cios za ciosem nie przestając ani na chwilę.
Jej miecz sunął się po szklanej podłodze jakieś osiem metrów od Nas.
- Jesteś teraz bezbronna, co? - zaśmiałam się nerwowo z satysfakcją kładąc kopyta na jej szyi.
Wiedziałam, że posiada coś, czego ja nie. Nieśmiertelność. W głębi siebie czułam jednak, że muszę tak zrobić. Zdawałam sobie też sprawę z tego że robiąc to, mogę stracić wszystko. Nawet życie. Pośmiertne życie w Dolinie Królów. Mogę też wylądować na skale obok Jaspera. Bogowie wiedzą jakie jeszcze kary spotykają takich ludzi jak ja.
Podbiegł do nas Paloo i próbował mnie odciągnąć. Nie dał jednak rady.
- Jak mogłaś?!! - zaczęłam płakać.
Podbiegli inni Bogowie, wśród których straciłam siły i mnie odciągnęli. Patrzyłam na nią z nienawiścią.
- Puśćcie mnie! Ignoranci! Egoiści! Wszyscy jesteście siebie warci! W Dolinie Królów nie powinien zasiadać żaden z Was! Uczucia zwykłych koni się dla Was nie liczą! Bo po co!? Kolejny koń stracił życie! HA HA HA!
Zwariowałam. Jestem cholerną idiotką.
- Lanne, błagam, opanuj się! - krzyknął Paloo po raz ostatni.
On już wiedział co mnie czeka.
- Taki z Ciebie przyjaciel od siedmiu boleści! Jesteś taki sam jak oni!
Wtem zaczęło mi się kręcić w głowie. Przed oczami pojawiła się mgła, a ja z hukiem upadłam na podłogę.
kochane przez wszystkich; CDN.
sobota, 30 lipca 2016
Od Roxolanne - Przyszłość, która nadejdzie, cz. 3
Ten jeden napis zmiótł mnie z nóg.
- Nie. To nie jest prawda. - zaprzeczyłam łamiącym się głosem.
Dlatego nikt go już nie widział.
- Nikt tego wcześniej nie zauważył. - zamyślił się smok.
Czułam w jego głosie obojętność.
Czułam w jego głosie obojętność.
Gdy prawda w końcu do mnie dotarła, padłam i zaczęłam płakać. Nie. Nie płakać. Ryczeć. Krzyczeć z bólu.
- Roxolanne... - westchnął czarny gad.
Jego wszystkie głowy zaczęły mnie oplatać przytulając moje drżące ciało.
Przytuliłam się do jednego z łbów.
- Gdybym nie odeszła, może by do tego nie doszło.. M-może poszedłby ze mną. - jęknęłam pozwalając by łzy spływały po moich policzkach.
- Nie masz pewności. - próbował mnie uspokoić. Sprawić, by zeszło ze mnie poczucie winy. - Nie płakałby po Tobie, więc Ty również nie płacz po nim.
- Łatwo Ci mówić. - wzięłam przerywany oddech. - Miał zupełnie różny charakter. Nie płakałby, ale ja tak. - powiedziałam z trudem.
Wtedy mój mądry smoczek powiedział coś, czego nie zapomnę nigdy.
- Nie opłakuj czegoś, co samo nie potrafi płakać.
Wstałam próbując być silna. I z trudnością opanowałam oddech. W myślach przemknęła mi jedna myśl. Jedno imię. Kogoś kto przez cały czas go nienawidził. Smutek zastąpiła miażdżąca wściekłość. Wszystko stało się dla mnie jasne.
- K-kukulkan. - zacisnęłam zęby. - Pakuj się.
- Nie rób nic w gniewie. - rozkazał srogo
- Jak chcesz. Pójdę sama. - odezwałam się do niego głosem pięcioletniego dziecka, które nie dostało zabawki.
W głowie ułożyłam zaklęcie na zamknięcie myśli.
- Nie, Roxolanne! Co Ty... - dalej już nie usłyszałam. Próbował mnie zatrzymać, ale potraktowałam go z pioruna. Z jego trzech paszcz rozległ się potężny, przeszywający ryk, któy zazwyczaj swoją siłą, miażdży ofierze kości.
- Ah, przymknij się. - zmarszczyłam brwi.
Nie powstrzyma mnie nawet on.
- Ah, przymknij się. - zmarszczyłam brwi.
Nie powstrzyma mnie nawet on.
CDN.
Od Reamonna
Na początku czułem radość. Potem… chyba nic. Tak potem. Ile czasu minęło? Czy tym właśnie jest śmierć? Tą otaczającą mnie ciemnością i ciszą. Stoję w miejscu, a przed sobą widzę ogromny czarny tron. Nie wiem co oznacza. Przeszukuję swą pamięć, lecz nie mogę nic znaleźć. Tylko pustkę. Oprócz jednego małego wspomnienia. Pyska białego konia. Lekko uśmiechniętej klacz. Kim była? I kim ja jestem.
- Gdzie jestem? - pytam, choć wiem, że nikt mi nie odpowie.
- Tam gdzie kiedyś byłeś. - drżę, na dźwięk głosu niosącego się niby echo.
- Kim jestem?
- Ciemnością która kiedyś spowijała świat.
- Jakie jest moje przeznaczenie? - nie wiem, dlaczego akurat te pytania rodzą się w mojej głowie. Czuję, że od zawsze chciałem znać na nie odpowiedź, ale dlaczego?
- Ciemność nie ma przeznaczenia. - wstrząsają mną kolejne emocje. Nie wiem jednak jak je nazwać. Może strach… nie, może niepokój? O coś co straciłem…
- Tak więc żyjemy oboje, bez końca, choć nie mamy po co?
- Ty nie żyjesz.
- Co? - cofam się, choć wiem, że nie mam gdzie uciec.
- Jesteś tylko emocjami, negatywnymi emocjami, które ukryłem. - wraz z kolejnymi słowami, które docierają do moich uszu zaczynają powracać też wspomnienia. Są one przesłonięte cienką warstwą mgły, która skrywa przedemną prawdę.
- Kim ty jesteś?
- Jestem księżycem, ciemnością i złem. Równoważę dobro.
- Masz jednak więcej mocy niż to co dobre, więc musisz się jej pozbyć. Lecz czemu? Czy to nie lepiej być silniejszym?
- A czy świat, który jest zły ma szanse na istnienie? - nie wiem, co odpowiedzieć na jego pytanie. W pewnym sensie ma racje, lecz równie dobrze cały dobry świat nie przetrwa długo. To tak samo jak leżenie. Możesz leżeć i czekać na śmierć, lub walczyć między dobrem i złem oraz odnawiać ten świat.
- A czym jest śmierć? - zadając te pytanie, czuję kolejny dziwny dreszcz przechodzący przez moje ciało. Mam wrażenie, że pytania które zadaję są zbędne, a rozmówca nie poświęca mi dużo uwagi.
- Czymś co dobrze znałeś. Na co czekałeś, i czego pragnąłeś. I właśnie to osiągnąłeś.
- Czy śmierć nie jest czasem czymś złym? Czasem rozłąki i pustki?
- A czy to co tu widzisz to naprawdę pustka?
- Widzę tron. - rozmowa z głosem wydaje mi się coraz bardziej bezsensowna i głupia. Coś jednak powoduje, że wciąż zadaje te pytania, równie poważnym tonem.
- I może być twój. To ty możesz nademną zapanować, musisz tylko na nim usiąść. Zniszczysz wtedy wszystko. W tym także i świat. Dużo cię z nim łączyło, chociaż od początku do niego nie należałeś.
- Coś jednak sprawiało, że czułem się w nim dobrze. Nie wiem czemu, nie wiem co się zdarzyło, ale dzięki temu właśnie zdałem sobie o czymś sprawę. - mówiłem, powoli zbliżając się w kierunku tronu. - Nie jestem jedynie twoimi złymi cechami, ponieważ za zapieczętowanie ich musiałeś zapłacić iście wysoką cenę. Dawno bym zniszczył ten świat, gdybyś nie oddał mi również swojej miłości…
Po tych słowach siadam na tronie. Czuję jego moc, jak również moc moich słów. Powraca do mnie jedno pytanie. Czego pragnę? Cofnąć czas? Zacząć wszystko od nowa? Nie.
- Chcę powrotu.
- Hah. - odpowiada mi krótki śmiech. - Szkoda, że to nie jest możliwe. - nagle pokój zalewa czarna woda. Zamykam oczy i czuję, jak gubię wszystko co odnalazłem. Czuję jak ciągle wracam do tego pokoju. Jak, w kółko zadaje te same pytania, wypowiadam te same pragnienia i zawsze kończy się to tak samo. Nie ma światła, nie ma ciemności. Nie ma tego co było… i straciłem nadzieję, że powróci. Jedyne, co daje mi siłę do dążenia do prawdy to obraz. Obraz białej klaczy, coś, czego nawet przez śmierć nie utraciłem...
- Gdzie jestem? - pytam, choć wiem, że nikt mi nie odpowie.
- Tam gdzie kiedyś byłeś. - drżę, na dźwięk głosu niosącego się niby echo.
- Kim jestem?
- Ciemnością która kiedyś spowijała świat.
- Jakie jest moje przeznaczenie? - nie wiem, dlaczego akurat te pytania rodzą się w mojej głowie. Czuję, że od zawsze chciałem znać na nie odpowiedź, ale dlaczego?
- Ciemność nie ma przeznaczenia. - wstrząsają mną kolejne emocje. Nie wiem jednak jak je nazwać. Może strach… nie, może niepokój? O coś co straciłem…
- Tak więc żyjemy oboje, bez końca, choć nie mamy po co?
- Ty nie żyjesz.
- Co? - cofam się, choć wiem, że nie mam gdzie uciec.
- Jesteś tylko emocjami, negatywnymi emocjami, które ukryłem. - wraz z kolejnymi słowami, które docierają do moich uszu zaczynają powracać też wspomnienia. Są one przesłonięte cienką warstwą mgły, która skrywa przedemną prawdę.
- Kim ty jesteś?
- Jestem księżycem, ciemnością i złem. Równoważę dobro.
- Masz jednak więcej mocy niż to co dobre, więc musisz się jej pozbyć. Lecz czemu? Czy to nie lepiej być silniejszym?
- A czy świat, który jest zły ma szanse na istnienie? - nie wiem, co odpowiedzieć na jego pytanie. W pewnym sensie ma racje, lecz równie dobrze cały dobry świat nie przetrwa długo. To tak samo jak leżenie. Możesz leżeć i czekać na śmierć, lub walczyć między dobrem i złem oraz odnawiać ten świat.
- A czym jest śmierć? - zadając te pytanie, czuję kolejny dziwny dreszcz przechodzący przez moje ciało. Mam wrażenie, że pytania które zadaję są zbędne, a rozmówca nie poświęca mi dużo uwagi.
- Czymś co dobrze znałeś. Na co czekałeś, i czego pragnąłeś. I właśnie to osiągnąłeś.
- Czy śmierć nie jest czasem czymś złym? Czasem rozłąki i pustki?
- A czy to co tu widzisz to naprawdę pustka?
- Widzę tron. - rozmowa z głosem wydaje mi się coraz bardziej bezsensowna i głupia. Coś jednak powoduje, że wciąż zadaje te pytania, równie poważnym tonem.
- I może być twój. To ty możesz nademną zapanować, musisz tylko na nim usiąść. Zniszczysz wtedy wszystko. W tym także i świat. Dużo cię z nim łączyło, chociaż od początku do niego nie należałeś.
- Coś jednak sprawiało, że czułem się w nim dobrze. Nie wiem czemu, nie wiem co się zdarzyło, ale dzięki temu właśnie zdałem sobie o czymś sprawę. - mówiłem, powoli zbliżając się w kierunku tronu. - Nie jestem jedynie twoimi złymi cechami, ponieważ za zapieczętowanie ich musiałeś zapłacić iście wysoką cenę. Dawno bym zniszczył ten świat, gdybyś nie oddał mi również swojej miłości…
Po tych słowach siadam na tronie. Czuję jego moc, jak również moc moich słów. Powraca do mnie jedno pytanie. Czego pragnę? Cofnąć czas? Zacząć wszystko od nowa? Nie.
- Chcę powrotu.
- Hah. - odpowiada mi krótki śmiech. - Szkoda, że to nie jest możliwe. - nagle pokój zalewa czarna woda. Zamykam oczy i czuję, jak gubię wszystko co odnalazłem. Czuję jak ciągle wracam do tego pokoju. Jak, w kółko zadaje te same pytania, wypowiadam te same pragnienia i zawsze kończy się to tak samo. Nie ma światła, nie ma ciemności. Nie ma tego co było… i straciłem nadzieję, że powróci. Jedyne, co daje mi siłę do dążenia do prawdy to obraz. Obraz białej klaczy, coś, czego nawet przez śmierć nie utraciłem...
Od Roxolanne. - Przyszłość, która nadejdzie. cz. 2
Moje kopyta delikatnie stukały o kocie łby rynku głównego. Podbiegł do mnie znajomy koń.
- Roxolanne! To Ty! Z krwi i kości! - dokładnie mnie oglądał.
- Witaj Corrado. - uśmiechnęłam się. W sercu poczułam przez chwilę radość, ale też pustkę. Moja tęsknota jeszcze bardziej się powiększyła, a na oczach poczułam łzy.
- O, Sun! Nie wierzę, że to Ty! - zaśmiał się.
- Jak tam Sky? Opowiadaj co się dzieje w stadzie?
- Dobrze.. w miarę... Ale musisz mi powiedzieć, gdzie byłaś Ty!
- Może później, okay? = westchnęłam
- Jasne. Chodź do Snow. Na pewno się ucieszy.
- Corrado.. Co się działo, gdy mnie nie było? - spojrzałam czujnie na jego pysk.
Przez moment przyglądał mi się uważnie.
- Dużo rzeczy. Nikt nie jest już taki sam. - wypalił, jakby tylko czekał na zaproszenie do potoku słów. - Snow Flame z ciężkim sercem przyjęła stanowisko, ale nie daje rady. Wciąż tęskni. Czeka na Ciebie. - uśmiechnął się. Powiedział to takim tonem głosu, że zrobiło mi się przykro.
Wyszliśmy na polanę.
- Chodźmy szybciej, dobrze? - szepnęłam błagalnym, łamiącym się głosem i zawołałam myślami Kukulkana, aby szedł obok Nas. - A co z... - przełknęłam ślinę. - Co z Reamonnem? - spojrzałam na konia.
Żywiłam ogromną nadzieję, że go spotkam.
- Nie ma go. - wzruszył ramionami.
- Jak to nie ma? - Stanęłam w miejscu. Zmarszczyłam brwi i spoważniałam.
- Od czasu, gdy odeszłaś, nikt go nie widział. Tak.. jakby.. rozpłynął się w powietrzu. - zażartował. Nie było mi do śmiechu.
Gdzie on się podział?
Zrobiłam kilka kroków do przodu i zaczęłam bić się z własnymi myślami. Ja, moje myśli i Kukulkan. Całkowicie wyłączyłam się ze świata zewnętrznego i nie słyszałam, gdy mój przyjaciel opowiadał mi o Skylor.
Co się mogło stać... Co znowu poszło nie tak.. Roxolanne, idiotko. Znowu coś jest źle. Kukulkan wyjdź z mojej głowy, bo rąbnę cię we wszystkie łby!
- Ej? Słyszysz mnie? - uniósł brew machając mi kopytem przed chrapami, gdy staliśmy przed jaskinią Flame.
- Snow? Mamy gościa! - krzyknął skrobiąc kopytem o kamień.
- Kog....o? - zapytała wychodząc na zewnątrz. Stanęła w miejscu jak wmurowana. Patrzyła na mnie jak na ducha.
- Hej, Snow. - szepnęłam uśmiechając się. Moja stara towarzyszka natychmiast się rozpłakała i przytuliła.
- Boże, Roxuś! Wróciłaś! Nawet nie wiesz jak się cieszę! - zaśmiała się.
- Zawitałam tylko na chwilę. Nie zostanę na długo. - pomyślałam. Nie przyznam się do tego na głos.
Nie chciałam im na razie mówić. Niekiedy umiejętność trzymania języka za zębami na prawdę się przydaje.
Zostałam u nich jeszcze chwilę i postanowiłam się przejść. Razem z Kukułką, poszłam w las. Pierwsze miejsce jakie odwiedziliśmy oczywiście okazało się być cmentarzem. Nie rozumiałam tego. Gdzie mógł się podziać? Zaczęłam chodzić między nagrobkami i stertami kości. Wszystko wyglądało tak, jakby właśnie zabił kilka szkieletów i wyszedł na chwilę. Mój ciężki smok złamał przez przypadek jedną płytę.
- Co tam jest? - Kukulkan wskazał głową na mały nagrobek osłonięty krzakami.
Był to mały, ale nowszy od pozostałych i różniący się strukturą kawał ciemnego grafitu. Na górze nad napisem wyrzeźbione były ciemne skrzydła. Podeszłam i uklękłam. Powoli odsłoniłam napis:
- Roxolanne! To Ty! Z krwi i kości! - dokładnie mnie oglądał.
- Witaj Corrado. - uśmiechnęłam się. W sercu poczułam przez chwilę radość, ale też pustkę. Moja tęsknota jeszcze bardziej się powiększyła, a na oczach poczułam łzy.
- O, Sun! Nie wierzę, że to Ty! - zaśmiał się.
- Jak tam Sky? Opowiadaj co się dzieje w stadzie?
- Dobrze.. w miarę... Ale musisz mi powiedzieć, gdzie byłaś Ty!
- Może później, okay? = westchnęłam
- Jasne. Chodź do Snow. Na pewno się ucieszy.
- Corrado.. Co się działo, gdy mnie nie było? - spojrzałam czujnie na jego pysk.
Przez moment przyglądał mi się uważnie.
- Dużo rzeczy. Nikt nie jest już taki sam. - wypalił, jakby tylko czekał na zaproszenie do potoku słów. - Snow Flame z ciężkim sercem przyjęła stanowisko, ale nie daje rady. Wciąż tęskni. Czeka na Ciebie. - uśmiechnął się. Powiedział to takim tonem głosu, że zrobiło mi się przykro.
Wyszliśmy na polanę.
- Chodźmy szybciej, dobrze? - szepnęłam błagalnym, łamiącym się głosem i zawołałam myślami Kukulkana, aby szedł obok Nas. - A co z... - przełknęłam ślinę. - Co z Reamonnem? - spojrzałam na konia.
Żywiłam ogromną nadzieję, że go spotkam.
- Nie ma go. - wzruszył ramionami.
- Jak to nie ma? - Stanęłam w miejscu. Zmarszczyłam brwi i spoważniałam.
- Od czasu, gdy odeszłaś, nikt go nie widział. Tak.. jakby.. rozpłynął się w powietrzu. - zażartował. Nie było mi do śmiechu.
Gdzie on się podział?
Zrobiłam kilka kroków do przodu i zaczęłam bić się z własnymi myślami. Ja, moje myśli i Kukulkan. Całkowicie wyłączyłam się ze świata zewnętrznego i nie słyszałam, gdy mój przyjaciel opowiadał mi o Skylor.
Co się mogło stać... Co znowu poszło nie tak.. Roxolanne, idiotko. Znowu coś jest źle. Kukulkan wyjdź z mojej głowy, bo rąbnę cię we wszystkie łby!
- Ej? Słyszysz mnie? - uniósł brew machając mi kopytem przed chrapami, gdy staliśmy przed jaskinią Flame.
- Snow? Mamy gościa! - krzyknął skrobiąc kopytem o kamień.
- Kog....o? - zapytała wychodząc na zewnątrz. Stanęła w miejscu jak wmurowana. Patrzyła na mnie jak na ducha.
- Hej, Snow. - szepnęłam uśmiechając się. Moja stara towarzyszka natychmiast się rozpłakała i przytuliła.
- Boże, Roxuś! Wróciłaś! Nawet nie wiesz jak się cieszę! - zaśmiała się.
- Zawitałam tylko na chwilę. Nie zostanę na długo. - pomyślałam. Nie przyznam się do tego na głos.
Nie chciałam im na razie mówić. Niekiedy umiejętność trzymania języka za zębami na prawdę się przydaje.
Zostałam u nich jeszcze chwilę i postanowiłam się przejść. Razem z Kukułką, poszłam w las. Pierwsze miejsce jakie odwiedziliśmy oczywiście okazało się być cmentarzem. Nie rozumiałam tego. Gdzie mógł się podziać? Zaczęłam chodzić między nagrobkami i stertami kości. Wszystko wyglądało tak, jakby właśnie zabił kilka szkieletów i wyszedł na chwilę. Mój ciężki smok złamał przez przypadek jedną płytę.
- Co tam jest? - Kukulkan wskazał głową na mały nagrobek osłonięty krzakami.
Był to mały, ale nowszy od pozostałych i różniący się strukturą kawał ciemnego grafitu. Na górze nad napisem wyrzeźbione były ciemne skrzydła. Podeszłam i uklękłam. Powoli odsłoniłam napis:
REAMONN
CDN.
Od Roxolanne - Przyszłość, która nadejdzie
Biegłam ile sił w nogach. W nogach?! Tak. W nogach. Cały mój świat znów gwałtownie obrócił się o 180 stopni. Miałam znów zderzyć się z przeszłością od której ciągle uciekam. Muszę? Dlaczego znowu się w to pakuję.. Wyczuwam w powietrzu zapach problemów.
*** 18 godzin wcześniej***
Wszystko zmieniła nagła wizyta Green Day.
- Właśnie dowiedziałam się, że stado Hewyn Huws czy jak tam, ma kryzys. - wypaliła wzruszając barkami.
- Co? - oderwałam wzrok od lektury nie za bardzo rejestrując co właśnie do mnie powiedziała
- No te stado na południu Telrainu z którym dzielimy troszeczkę terenu. Te konie, których nie pozwalasz mi zjeść.
W pewnym momencie prawda do mnie dotarła. Wiedziałam co należy zrobić, ale nie miałam pojęcia jak. Naturalnie zaczęłam czytać odpowiednie książki. Po trzech godzinach zamykały mi się już oczy, jednak nie przerywałam. Wszystko o kronikach rodu HH.
Byłam dziedziczką i nadal czułam się odpowiedzialna za moich przyjaciół, których opuściłam. Za Reamonna... Ciekawe, co u niego? Stęskniłam się... Jak to dobrze, że będzie okazja by go spotkać.
Wreszcie trafiłam na przepis. Cóż. Mało pocieszające zaczynać od kronik, a kończyć na przepisie na soczek, ale nie był to zwykły soczek. Eliksir, który pomaga zmienić się w każdą inną istotę.
Pospiesznie przeczytałam skład i wyruszyłam po składniki.
Odwiedziłam góry, jeziora i lasy, wszystkie miejsca, gdzie znaleźć miałam różne gatunki kwiatów, ale też świństwa. Ostatni składnik ukryty był w grocie Wii, ex-miejscu zamieszkania mojego smoka.
- Dalej, Kukulkanek. Jesteśmy gotowi? - zapytałam optymistycznie
Smok przewrócił oczyma.
- Zupełnie nie wiem, po co to robisz! - wyczytałam z jego myśli.
Zaczełam kręcić głową. - wiem, że robisz to dla tego zabójcy, a nie do stada. - na jego twarzy pojawił się sarkastyczny uśmiech.
Westchnęłam. Mój smok prawdopodobnie wie o mnie wiecej niż sama ja.
- To prawda. - przytaknął z dumą.
- Zamknij się i przestań siedzieć mi w głowie! - zaśmiałam się nerwowo.
Razem przyrządziliśmy dawkę napoju. Zbadałam wzrokiem mojego towarzysza. Raz kozie śmierć! - pomyślałam i wzięłam łyk.
Jednak nic specjalnego się nie stało.
- Nie działa? - zapytał
- Chciałabym stać się koniem. - westchnęłam jakby oczekując, że napój czeka na komendę.
Po chwili, ku naszemu zdziwieniu na moim ciele pojawiły się dziwne znaki, a ja zaczęłam się przemieniać. Pełna obaw spojrzałam w taflę wody. Zobaczyłam w niej klacz, której bardzo długo nie spotykałam.
Siwa ze szczupaczym pyskiem. Roxolanne. Przywódczyni stada Heaven Hooves.
CDN.
W pewnym momencie prawda do mnie dotarła. Wiedziałam co należy zrobić, ale nie miałam pojęcia jak. Naturalnie zaczęłam czytać odpowiednie książki. Po trzech godzinach zamykały mi się już oczy, jednak nie przerywałam. Wszystko o kronikach rodu HH.
Byłam dziedziczką i nadal czułam się odpowiedzialna za moich przyjaciół, których opuściłam. Za Reamonna... Ciekawe, co u niego? Stęskniłam się... Jak to dobrze, że będzie okazja by go spotkać.
Wreszcie trafiłam na przepis. Cóż. Mało pocieszające zaczynać od kronik, a kończyć na przepisie na soczek, ale nie był to zwykły soczek. Eliksir, który pomaga zmienić się w każdą inną istotę.
Pospiesznie przeczytałam skład i wyruszyłam po składniki.
Odwiedziłam góry, jeziora i lasy, wszystkie miejsca, gdzie znaleźć miałam różne gatunki kwiatów, ale też świństwa. Ostatni składnik ukryty był w grocie Wii, ex-miejscu zamieszkania mojego smoka.
- Dalej, Kukulkanek. Jesteśmy gotowi? - zapytałam optymistycznie
Smok przewrócił oczyma.
- Zupełnie nie wiem, po co to robisz! - wyczytałam z jego myśli.
Zaczełam kręcić głową. - wiem, że robisz to dla tego zabójcy, a nie do stada. - na jego twarzy pojawił się sarkastyczny uśmiech.
Westchnęłam. Mój smok prawdopodobnie wie o mnie wiecej niż sama ja.
- To prawda. - przytaknął z dumą.
- Zamknij się i przestań siedzieć mi w głowie! - zaśmiałam się nerwowo.
Razem przyrządziliśmy dawkę napoju. Zbadałam wzrokiem mojego towarzysza. Raz kozie śmierć! - pomyślałam i wzięłam łyk.
Jednak nic specjalnego się nie stało.
- Nie działa? - zapytał
- Chciałabym stać się koniem. - westchnęłam jakby oczekując, że napój czeka na komendę.
Po chwili, ku naszemu zdziwieniu na moim ciele pojawiły się dziwne znaki, a ja zaczęłam się przemieniać. Pełna obaw spojrzałam w taflę wody. Zobaczyłam w niej klacz, której bardzo długo nie spotykałam.
Siwa ze szczupaczym pyskiem. Roxolanne. Przywódczyni stada Heaven Hooves.
CDN.
niedziela, 1 maja 2016
Od Hunter’a „Siłą wilka jest wataha, a siłą watahy jest wilk” cz.1 (c.d Roxo/Ruka)
Piłem krystalicznie czystą i orzeźwiającą wodę z Jeziora Lodu. Był słoneczny, wiosenny poranek. Pogoda była przyjemna, idealna na spacer. Ostatnio w watasze zbyt wiele się nie działo, a jeśli nikt się nie ruszy, to przede wszystkim nasz rozwój stanie w miejscu, do czego jako Doradca Przywódcy nie mogłem dopuścić. Skoro nikomu innemu nie chce się zebrać, to ja to zrobię. Sierść na pysku była mokra od wody, lecz miałem pewność, że promienie słoneczne zaraz ją wysuszą. Nie było aż tak ciepło, żeby było mi gorąco, ciepły, delikatny wietrzyk unosił pojedyncze włosy na całym moim ciele. Na początku wpadł mi do głowy pomysł, by wziąć Rukę, ponieważ jest szpiegiem, ale nie byłem pewien, czy to na pewno dobry pomysł. Na razie odkryję nowy teren, a dopiero później wyślę tam tego ‘wyluzowanego’ basiora. Zgodnie ze swoim planem ruszyłem na poszukiwania nowego, opustoszałego terenu, którym mogłaby zawładnąć Wataha Heaven Overhill. Wzbiłem się w powietrze machając moimi czarnymi skrzydłami. Nie byłem jeszcze po drugiej stronie Jeziora Lodu. Może warto byłoby się tam wybrać? Tak więc przeleciałem na drugą stronę. Przez pewien czas ciągnął się gęsty las, a za nim… co ujrzałem? Łąkę z mnóstwem kwiatów. Tylko jedna nazwa przychodziła mi na myśl – Kwiecista Łąka. Zawróciłem i zacząłem poszukiwania samicy Alfa, czyli rzecz jasna Roxolanne. Kierowałem się do Centrum Watahy, gdzie rzeczywiście ją ujrzałem. Rozmawiała z Ruką. Ostrożnie wylądowałem za plecami basiora.
- Nie przeszkadzam? – Szepnąłem mu do ucha. Ten, zdziwiony, odwrócił się. Z satysfakcją dodałem: - Jeden do zera.
- Coś się stało żartownisiu? – Nastolatek odsunął się i popatrzył się na mnie wściekłym wzrokiem. I tego od niego oczekiwałem.
- Roxolanne, znalazłem nowy teren po drugiej stronie Jeziora Lodu. Kwiecistą Łąkę. Pomyślałem, że pora, by szpieg Ruka na coś się przydał. – Wadera skinęła głową. Ja również gestem głowy pokazałem Ruce, by za mną podążał. Musimy pójść okrężną drogą… Ruka nie ma skrzydeł, więc dotarcie tam trochę nam zajmie. Lecz cóż… prowadziłem Rukę w stronę Jeziora.
- Musimy pójść okrężną drogą. – Mruknąłem. Bez odpowiedzi. Może to i lepiej, gdyby ten basior coś powiedział, to byłaby to tylko złośliwa uwaga lub zaczepka. Szliśmy tuż przy brzegu. Niespodziewanie na grzbiecie poczułem krople wody. To ten ‘zabawny żarcik’ nastolatka… nie powiedziałem nic, nie zamierzałem robić mu satysfakcji, że się tym przejąłem.
- Jeden do jednego. – Powiedział z wyższością. Zobaczymy, zaraz ten wynik się zmieni. Umyślnie wywołałem deszcz mówiąc cicho pod nosem jedno z zaklęć – „Sit invenit siccitate pluvia veniant, et comminuet eam.” (łac. Niech deszcz spadnie i suszę zastanie, po czym ją przerwie. Bardzo kreatywne, wiem). Ja sam rozłożyłem skrzydła, przez co deszcz mnie nie dosięgał. Zmoczony basior, w dodatku niezadowolony, szedł z niesmakiem za mną.
- Przyglądam wam się od pewnego czasu. Co wy wyrabiacie? Od teraz idę z wami. – Zza krzaków wyłoniła się Roxolanne. Jeszcze tego brakowało, by zauważyła, że z Ruką nie przepadamy za sobą wzajemnie. Żaden z nas nie powiedział ani słowa. Może to nawet dobrze. Szliśmy we trójkę, ominięcie jeziora trwało około piętnastu minut. Zaczęliśmy już wchodzić na teren lasu. Potajemnie nazywałem go Zielonym Lasem, ale oficjalnej nazwy jeszcze nie miał. Pewna wiewiórka bacznie nam się przyglądała i ba, szła za nami przeskakując z gałęzi na gałąź. Nie rozumiałem jej zachowania, ale pozostawiłem to Matce Naturze. Na moich towarzyszach gryzoń nie zrobił najmniejszego wrażenia. Wydawało mi się, że byli zbyt zamyśleni, by go zauważyć. Nie zamierzałem ich z tego wyrywać. Przyspieszyłem tępa, Ruka i Roxo poszli w moje ślady. Widziałem już łąkę. Do mojego nosa docierał już wspaniały zapach tych wszystkich kwiatów razem wziętych.
- Jesteśmy. – Szepnąłem, bałem się zakłócić tą błogosławioną ciszę. – Co powiecie, by nazwać ją Kwiecistą Łąkę, a tamten las za nami, Zielonym Lasem?
< Ruka, Roxo >
Od Hunter’a C.D Megami
- Kim jesteś? – Przyjrzałem się dokładnie waderze. Jej sierść była granatowa, grzywka czarna, posiadała charakterystyczną czerwoną chustkę na szyi, turkusową wstążkę wplątaną w ogon i trzy piórka tego samego koloru przy uchu.
- Na imię mi Megami. – Powiedziała, jak się okazało Megami, ostrożnie, ale wyglądała na wilczycę chętnie zawierającą nowe znajomości.
- Chciałbym cię uświadomić, że jesteś na terenach Watahy Heaven Overhill, jeleń w takim razie należy do nas, a ciebie nie powinno tu być. Jestem Hunter. Pozwól, że zaprowadzę cię do samicy Alfa. – Powiedziałem oschle i tak się również przedstawiłem. Nie czekając na odpowiedź, ruszyłem w stronę Centrum Watahy, gdzie znajdowały się wszystkie szałasy i gdzie spodziewałem się zastać pozostałych członków – Greenie, Roxo i Rukę. Bezszelestnie poruszaliśmy się po Lesie Kaskady. Nie zamierzałem ociągać się podczas podróży, ale samica była wykończona, co uniemożliwiało bieg. Powoli podążała za mną, widocznie pokładając zaufanie, że zaprowadzę ją do bezpiecznego miejsca. I być może miała rację. W lesie słychać było tylko świergoty ptaków, ewentualnie odgłosy łamanych patyków po drodze. Wadera mimo wszystko była zwinna, więc nie poruszaliśmy się tempem wilków – seniorów łagodnie mówiąc. Delikatny wietrzyk mierzwił moją sierść (jak i mojej towarzyszki) dając złudzenie, że jestem większy. Było mi to na korzyść, nie miałem na co narzekać. Powoli las przerzedzał się, do polanki jeszcze niewiele nam zostało.
- Mam rozumieć, że nie należysz do żadnej watahy? – Zadałem pytanie Megami i skierowałem głowę w jej stronę. Ona zaś pokiwała tą częścią ciała, a ja, potknąłem się. Dokładniej o duży korzeń jeszcze większego drzewa. Tak to jest, gdy patrzy się w tył. Przewróciłem oczami i podniosłem się z ziemi. Wpadka przy prawdopodobnie nowym członku stada, nie mogło być lepiej, nie mówiąc o tym, że jestem Doradcą Przywódców, a w chwili obecnej Przywódczyni. No ale cóż zrobię, zdarza się, a nie mam zamiaru fatygować wilka o żywiole natury, by przestawił drzewo, bo po co? Gdybym się rozejrzał i nie patrzył w tył, nie zaliczyłbym tego upadku. Mniejsza. Wkraczaliśmy na teren polanki. Z daleka widziałem Roxolanne bawiącą się stokrotką rosnącą samotnie na trawie pokrytej rosą. Urywała białe płatki, aż pozostał sam złociutki środek, który pozostawiła w spokoju. Podszedłem z nowoprzybyłą bliżej. Lanne podniosła się z ziemi i przenikliwym wzrokiem przejrzała waderę na wylot. Nim zdążyła zadać pytanie, oznajmiłem, kto tu jest i dlaczego.
- Znalazłem ją wykończoną na terenie naszej watahy, przelatywałem niedaleko w drodze na Kwiecistą Łąkę. Na imię jej Megami, watahy nie ma… - znacząco popatrzyłem na samicę Alfa.
- Być może… chciałabyś przyjąć zaproszenie do dołączenia do naszej nielicznej jeszcze watahy? – Roxolanne spróbowała się uśmiechnąć. Wiedziałem, że nie przychodzi jej to z łatwością. Ale udało się. Wadera entuzjastycznie pokiwała głową, chyba zbyt przejęta, by odpowiedzieć słowami, lub zbyt zmęczona.
- Możesz wybrać jeden z dostępnych szałasów. – Wilczyca od razu oglądała wszystkie wolne mieszkania, zajęło jej to około dziesięciu minut, ale przynajmniej zdecydowała się na coś w ciągu jednego dnia.
- Chodź, pokarzę ci kilka praktycznych miejsc. – Odwróciłem się i na myśl przyszło mi Jezioro Lodu. Co jak co, ale każdy wilk, powinien wiedzieć, gdzie może się bez problemu zaspokoić problemu nie obawiając się, że tereny mogą być zajęte przez inną watahę. Wilczyca posłusznie podążała za mną nic nie mówiąc. Nadal była zbyt słaba, by iść trochę szybciej niż wcześniej. Przynajmniej się rozejrzy, może coś z tego wyniknie. Nie zważałem, jak zachowuje się Megami, jak zwykle zadawałem sobie w myślach dziesiątki, może setki, pytań. Teraz natomiast zastanawiałem się, co nadejdzie po śmierci. Według wierzeń Acoose zabierze moją duszę gdzieś… no właśnie nie zagłębiam się w modły do wilczych, a zarazem końskich bożków. Nauczyłem się żyć bez ich pomocy, choć nie zaszkodzi pomodlić się do nich raz na jakiś czas. Śmierć wydawała mi się taka odległa, nieznana, lecz niestraszna. Każdy z nas schodzi na ten świat z jakąś misją. I nie zejdzie stąd, póki tego zadania nie wykona. W czasie śmierci możemy mieć tylko poczucie, że zrobiliśmy co do nas należy. Nie potrzeba się niczym innym martwić, nic poza tym nie jest ważne. Z zamyślenia wyrwał mnie plusk wody, spostrzegawcza wilczyca zauważyła już Jezioro Lodu i weszła na jeszcze małą głębokość sięgająca jej do ‘ramienia’ (to prowizoryczny koniec wilczej łapy, kość sięga nieco dalej, ale nie będę robić Wam wykładów na temat wilczego szkieletu). Od razu spróbowała wody. Równie dobrym pomysłem jest pokazanie jej Gór Mglistych. Dobre miejsce, jeśli chce się przemyśleć trudną sprawę. Ale chyba nie będę jej odbierał możliwości odkrycia tych miejsc.
- Myślę, że z czasem odkryjesz ciekawsze miejsca w watasze. Jeśli chcesz, mogę cię do nich zaprowadzić, ale to twoja decyzja. – Zaproponowałem tym samym spacer waderze, warto znać inne wilki w watasze, ‘będę na bieżąco’. – Jeśli tak, chciałbym, byś opowiedziała coś o sobie. Historię, jakiego stanowiska oczekujesz… co ty na to?
- Jasne. – Wilczyca bezproblemowo przyjęła zaproszenie, chyba będzie ciekawie. – Daj mi tylko trochę czasu, chcę to jakoś ubrać w słowa.
Rozumiałem, że może nie chcieć improwizować, miała do tego prawo, a ja nie chcę na nią naciskać. W milczeniu przebyliśmy ładną drogę do podnóża Gór Mglistych, wiosna budziła się do życia, a tym samym coraz częściej słychać było świergot wesołych ptaków budujących gniazda, lub swobodnie latających tu i tam, nie brakowało skocznych zajączków wyprawiających harce, jednak na nasz widok uciekały do swoich przytulnych, ziemnych norek lub w głąb lasu. Może i jesteśmy magicznymi wilkami, ale nie zmienimy naszego wilczego instynktu nakazującego polowanie na takie zwierzęta, chociaż zdecydowanie wilki lubują większe kąski. Posiłek nasz jest zazwyczaj mięsny, rzadko kiedy przez gardło do przełyku przejdą nam wszelkiego rodzaju zielska, za którymi ja osobiście nie przepadam. Nieświadomie wzdrygnąłem się na myśl o ich smaku. Megami na szczęście (!) zajęta była obserwowaniem małego wróbelka, zaczepiającego ją delikatnymi uszczypnięciami w ucho. Uśmiechnąłem się delikatnie. Potencjalna przystawka była jej zabawką, a raczej towarzyszem zabaw, który figlarnie ją zaczepiał, aż do końca podróży pod podnóża Gór Mglistych.
- Myślę, że teraz już wystarczająco się namyśliłaś. Chcesz już zacząć?
< Megami? >
Od Megami - Jak dołączyłam
Jestem martwa. To jedyne wytłumaczenie na rozdzierający ból w lewym boku. Po chwili do mojego nosa dotarły zapachy. Obok mnie leżało coś martwego, jeleń - mogłam to stwierdzić z pewnością bez otwierania oczu. Mogłam z pewnością równiesz stwierdzić, że znajduje się w lesie, oraz iż żadna żywa dusza nie znajduje się w pobliżu. Dopiero teraz otworzyłam oczy, które od razu zmrużyłam przed światłem. Rzeczywiście, znajdowałam się w lesie, i to bardzo gęstym. Obok mnie leżał zdechły jeleń, który mimo iż był nieco stary, nadal nadawał się do jedzenia. Przynajmniej nie muszę polować. Przeniosłam wzrok na mój lewy bok. Były tam ślady pazurów, i mimo iż to były ślady jedynie powierzchowe, bardzo bolały. Po chwili doszedł ból głowy. Z trudem się podniosłam, i rozejrzałam się. Nikogo nie było w pobliżu, ale w każdej chwili to mogło się zmienić. Czując głód, wzięłam się za jelenia. Był sycący i dobry, zaspokoił mój apetyt. Gdy już z nim skończyłam, usiłowałam sobie przypomnieć, jak tu się znalazłam. Po jakimś czasie uznałam, że to na nic - żadnym sposobem nie umiałam przypomnieć sobie ostatniego tygodnia. Nagle usłyszałam szelest liści. Spojrzałam w tamtą stronę. Wyczułam zapach wilka, wilka z pewnością magicznego. Był bardzo blisko, i zastanawiałam się, jak go mogłam wcześniej nie wyczuć. Byłam za bardzo zajęta moją pamięcią. Jednak teraz nie było czasu an złoszczenie się na samą siebie za ten błąd. Wilk mógł być wrogo nastawiony, a jeśli tak, to już po mnie. Po chwili z krzaków wypadł wilk, z pewnością nie zwykły, tak jak przypuszczałam.
<Ktoś?>
<Ktoś?>
Nowa członkini!
Imię: Megami
Płeć: ♀
Wiek: 2,5 lat
Hierarchia: Smocza trenerka
Cechy charakteru: Megami to wadera nieco nieufna, jednak przyjacielska i zabawna. Chętnie zawiera nowe znajomości, łatwo zdobyć jej przyjaźń, zaś niełatwo ją stracić. Trudno ją zranić, dba o humor wszystkich wokoło. Niezbyt obchodzi ją własny stan, może to wyglądać jakby bólu nie czuła. Mimo to umie z powagą podejść do problemu, który w mig rozwiąże. Potrafi również być stanowcza i rozsądna. Niekiedy, jeśli jest zmuszona, jest równiesz surowa i niemiła, ale nie przychodzi jej to z uśmiechem. Lubi widzieć uśmiech na pyskach swoich przyjaciół, z chęcia zabawia ich swoimi dowcipami. Niestety dość łatwo wpada w panikę, i boi się wielu rzeczy, jednak strach próbuje skrywać. Chętnie ci doradzi lub pomoże w czymkolwiek.
Rodzina: Matka zwała się Lynea, ojciec zaś Shiro. Miała brata Taro, ale... zaginął.
Partner: Szuka.
Historia: W młodości urodziła się w dość tłocznej watasze, gdzie często brakowało pożywienia lub wody, ponieważ znajdowali się na pustynii. Rodzice mieli wobec niej duże oczekiwania, a zarazem byli wobec niej surowi. Z całej watahy tylko brat był dla niej miły. Kiedy on zaginął, Megami po prostu się załamała, i uciekła. Długo żyła w lesie, na skraju pustynii, aż udała się wgłąb lądu i znalazła tą watahę.
Nadzwyczajne umiejętności: Zamienia wszelkie płyny w lód, i odwrotnie. Jeśli się wysili, potrafi zamrozić ogień...
Pochwały/Upomnienia: 0/0
Właściciel: Kaktusek
Powracamy!
Po bardzo dłuugim czasie znów mam czas na to, co na prawdę lubię - na blogo. Nawet nie wiecie jak jestem z tego powodu szczęśliwa. (!) Nie zwlekając dłużej, przepraszam Was za nieobecność i dziękuję, że mimo to działaliście :))
Heaven Hooves zostaje jeszcze nieczynne. Nie dam rady prowadzić tylu blogów na raz, ale na pewno powróci.
Heaven Hooves zostaje jeszcze nieczynne. Nie dam rady prowadzić tylu blogów na raz, ale na pewno powróci.
Heaven Overhill powraca!
~~Jak zawsze Wasza, Roxo
piątek, 19 lutego 2016
Hunter C.D Roxolanne
- Nie ma sprawy. Zawsze chętnie. – Popatrzyłem głęboko w ni to złote, ni to czarne, lśniące oczy wadery. Wzrok nasz na chwilę się spotkał. Zaraz potem samica go ode mnie odwróciła, a skierowała go w stronę lasu. Nie wiedziałem, jak daleko sięga wzrokiem. Nie miałem ochoty wiedzieć.
- Jakieś propozycje dotyczące celu naszej wędrówki? – Nadal wpatrywałem się w Roxolanne jak zaczarowany.
- Byłeś może w Ciemnej Puszczy? – Zaprzeczyłem głową w geście odpowiedzi na pytanie wilczycy.
Ona również skinieniem głowy nakazała mi podążanie za sobą. Pod łapami posiadaliśmy leśny grunt, gdyż wkraczaliśmy na teren lasu. Przyglądały nam się natrętne ptaki, które przeskakiwały z gałęzi na gałąź. Ich trele wcale nam nie przeszkadzały, wręcz dodawały uroku temu miejscu. Kąciki mojego pyska lekko się uniosły, ale zaraz potem powróciły do przeciętnego stanu. Las nie przypominał ani trochę Lasu Kaskady, była to raczej Brzozowa Alejka. Pierwszy teren, który odkryłem podczas mojego pobytu w watasze. Wydałem z siebie głębokie westchnienie, westchnienie zadowolenia. Na moim pysku ukazał się szeroki uśmiech, miejsce było urocze – idealne na spacer.
- Po raz pierwszy widzę ten teren. – W oczach wadery widoczne było zaskoczenie.
- Ja również. – Odparłem krótko. Miałem zamiar cieszyć się otaczającą mnie przyrodą. Pogoda była w miarę słoneczna, na niebie wisiały tylko pojedyncze chmurki. Wyglądały tak, jakby zrobione były z waty cukrowej. Chciałoby się wyciągnąć łapę, urwać kawałek i poczuć nieznany dotąd zapach chmur. Być może moja wyobraźnia pozwoliła sobie na zbyt dużo – od kiedy wilki jedzą watę cukrową? Żadne z nas się nie odzywało, pogrążeni byliśmy w swoich własnych myślach. Wyobrażałem sobie ten spacer bardziej… rozmowny, jeśli mogę tak to ująć. Nie chciałem tego przekreślić. Musiałem coś powiedzieć.
- Czy mogłabyś mi opowiedzieć trochę o miejscu, do którego się wybieramy? – Próbowałem wypowiedzieć to pytanie z jak największym akcentem wyrażającym, iż jestem tego ciekaw. Wyszło mi to przeciętnie.
- Zobaczysz. – Na pysku Roxolanne ujrzałem tajemniczy uśmiech. Po karku przebiegł mi dreszcz. Nie wiedziałem nawet, czy mogę sugerować się nazwą.
Dróżka gwałtownie skręciła w prawo. Brzozy rozrzedzały się, było ich coraz mniej. Zrobiło mi się trochę przykro, może to śmieszne, ale mi osobiście bardzo podobała się przemierzana wcześniej Alejka. Wpatrywałem się w moją przewodniczkę, jednak ona nadal patrzyła się prosto, gdzieś w dal. Nawet nie zwróciła uwagi, że jej się przyglądam. Dla żartu chuchnąłem w ucho towarzyszki.
- Jakieś propozycje dotyczące celu naszej wędrówki? – Nadal wpatrywałem się w Roxolanne jak zaczarowany.
- Byłeś może w Ciemnej Puszczy? – Zaprzeczyłem głową w geście odpowiedzi na pytanie wilczycy.
Ona również skinieniem głowy nakazała mi podążanie za sobą. Pod łapami posiadaliśmy leśny grunt, gdyż wkraczaliśmy na teren lasu. Przyglądały nam się natrętne ptaki, które przeskakiwały z gałęzi na gałąź. Ich trele wcale nam nie przeszkadzały, wręcz dodawały uroku temu miejscu. Kąciki mojego pyska lekko się uniosły, ale zaraz potem powróciły do przeciętnego stanu. Las nie przypominał ani trochę Lasu Kaskady, była to raczej Brzozowa Alejka. Pierwszy teren, który odkryłem podczas mojego pobytu w watasze. Wydałem z siebie głębokie westchnienie, westchnienie zadowolenia. Na moim pysku ukazał się szeroki uśmiech, miejsce było urocze – idealne na spacer.
- Po raz pierwszy widzę ten teren. – W oczach wadery widoczne było zaskoczenie.
- Ja również. – Odparłem krótko. Miałem zamiar cieszyć się otaczającą mnie przyrodą. Pogoda była w miarę słoneczna, na niebie wisiały tylko pojedyncze chmurki. Wyglądały tak, jakby zrobione były z waty cukrowej. Chciałoby się wyciągnąć łapę, urwać kawałek i poczuć nieznany dotąd zapach chmur. Być może moja wyobraźnia pozwoliła sobie na zbyt dużo – od kiedy wilki jedzą watę cukrową? Żadne z nas się nie odzywało, pogrążeni byliśmy w swoich własnych myślach. Wyobrażałem sobie ten spacer bardziej… rozmowny, jeśli mogę tak to ująć. Nie chciałem tego przekreślić. Musiałem coś powiedzieć.
- Czy mogłabyś mi opowiedzieć trochę o miejscu, do którego się wybieramy? – Próbowałem wypowiedzieć to pytanie z jak największym akcentem wyrażającym, iż jestem tego ciekaw. Wyszło mi to przeciętnie.
- Zobaczysz. – Na pysku Roxolanne ujrzałem tajemniczy uśmiech. Po karku przebiegł mi dreszcz. Nie wiedziałem nawet, czy mogę sugerować się nazwą.
Dróżka gwałtownie skręciła w prawo. Brzozy rozrzedzały się, było ich coraz mniej. Zrobiło mi się trochę przykro, może to śmieszne, ale mi osobiście bardzo podobała się przemierzana wcześniej Alejka. Wpatrywałem się w moją przewodniczkę, jednak ona nadal patrzyła się prosto, gdzieś w dal. Nawet nie zwróciła uwagi, że jej się przyglądam. Dla żartu chuchnąłem w ucho towarzyszki.
< Roxo? Przepraszam, że dopiero teraz. Ciekawe, czy Hunter pozwolił sobie na zbyt śmiały czyn :D >
czwartek, 11 lutego 2016
Od Roxolanne C.D. Hunter
- Nie. Nic Cię nie ominęło. - zmierzyłam wzrokiem beszczelnego wilka stojącego przede mną, a następnie popatrzyłam na Huntera. - Właśnie idę nad jezioro. - wycedziłam zniżając lekko głowę i robiąc pierwsze kroki.
- Czee! Idę z Tobą! Mogę, nie? - krzyknął radośnie Hunter
- Jeśli chcesz.. - mruknęłam pod nosem. Koniec końców, gdy byliśmy już poza domami, basior odezwał się.
- Słuchaj... Ty chyba nie lubisz Ruki? - szepnął.
- Irytuje mnie. - bąknęłam.
- No.. rzeczywiście mówi jakby był wszechwiedzący.. ale..
- Jesteśmy na miejscu. - przerwałam nagle. Nie miałam ochoty słyszeć już nic na temat tego zepsionego dziecka. Podeszłam do wody i zaczerpnęłam jej trochę do manierki. Potem sama się jej napiłam. Spojrzałam badawczo na basiora. Chciałam być miła. Znowu mi nie wyszło. Potrząsnęłam głową. Nie mogę być taka niedostępna i wredna.. Podeszłam bliżej do wilka. Nie zauważył.
- Bu. - szepnęłam.
Odwrócił się i z głupią miną popatrzył na mnie. Zaśmiałam się.
- Co byś powiedział na wspólny spacer w milszej atmosferze? - zapytałam. Uśmiechnął się. To dobry znak.
Hunter? :v BW
- Czee! Idę z Tobą! Mogę, nie? - krzyknął radośnie Hunter
- Jeśli chcesz.. - mruknęłam pod nosem. Koniec końców, gdy byliśmy już poza domami, basior odezwał się.
- Słuchaj... Ty chyba nie lubisz Ruki? - szepnął.
- Irytuje mnie. - bąknęłam.
- No.. rzeczywiście mówi jakby był wszechwiedzący.. ale..
- Jesteśmy na miejscu. - przerwałam nagle. Nie miałam ochoty słyszeć już nic na temat tego zepsionego dziecka. Podeszłam do wody i zaczerpnęłam jej trochę do manierki. Potem sama się jej napiłam. Spojrzałam badawczo na basiora. Chciałam być miła. Znowu mi nie wyszło. Potrząsnęłam głową. Nie mogę być taka niedostępna i wredna.. Podeszłam bliżej do wilka. Nie zauważył.
- Bu. - szepnęłam.
Odwrócił się i z głupią miną popatrzył na mnie. Zaśmiałam się.
- Co byś powiedział na wspólny spacer w milszej atmosferze? - zapytałam. Uśmiechnął się. To dobry znak.
Hunter? :v BW
środa, 10 lutego 2016
Od Ruki C.D. Hunter
- Heh, Dobry! - dopiero teraz ujrzałem białego wilczura stojącego na tarasie. Oczywiście, wiedziałem że tam jest już 5 minut temu. Wynurzyłem się z otaczającej mnie, mętnej bieli, tak samo jak zawsze kiedy przygotowywałem się do ataku. Tym razem nie zamierzałem jednak sięgać od razu po broń. Nie jestem co prawda słabeuszem, ale uważam że sprytem można przewyższyć i siłę mięśni. Zbliżyłem się do niego, fałszywie się uśmiechając i lekko ukłoniłem. - Ruka
- Co? - basior lekko wychylił się za barierkę, aby mi się przyjrzeć. Ja nie musiałem wytężać wzroku, aby dostrzec jego białą jak śnieg sierść i szare, krucze skrzydła. Lekko zaskoczona jak i pełna spokoju twarz wilka nie zdradzała niczego szczególnego. Oczy wilczura miały jasnoniebieski kolor i były pełne inteligentnej głębi. Jego ruchy były kontrolowane i nie rozpraszał swojej uwagi, co mogło oznaczać, że pochodzi z jakiegoś szlacheckiego rodu, lub ma spokojny i zrównoważony charakter.
- Imię. Ruka - zaśmiałem się cicho, udając postawę radosnego śmieszka. Oparłem przednie łapy na brzegu werandy i spojrzałem w górę, na jego pysk.
- Ah. Hunter - odpowiedział wilk, uważnie mi się przyglądając. Najwyraźniej nie był łatwo wierny.
- Mieszkasz tutaj? - spytałem, bawiąc się piórem, które spadło z jednego z jego skrzydeł, aby zmniejszyć jego uwagę.
- Jeszcze nie, ale może będę... - Huter przeniósł wzrok na mgłę znajdującą się za mną. Każdy inny mógłby stwierdzić, że wypatruje kogoś lub czegoś, ale w takim przypadku jego źrenice poruszałyby się w nieregularny sposób. W momencie, kiedy były nieruchome znaczyło to, że po prostu chce uniknąć patrzenia na mnie. Słusznie. Czasami wilki mi mówią, że moje oczy potrafią zajrzeć im w głąb duszy, albo nawet przejrzeć ich na wylot. Ale czy to moja wina, że zostawiają tyle ważnych informacji na ich temat w swoim otoczeniu?
- Biały Bór, SilverScythe, pierwszy dom po lewej, wielka posiadłość, łatwo zauważyć... - wyrecytowałem jak z książki, przy okazji udając, że skupiam większą uwagę na dokładnych oględzinach moich pazurów.
- Huh? - widząc kolejną lekko zdziwioną minę wilczura, prawie wybuchnąłem śmiechem.
- Tam mieszkam - odpowiedziałem obojętnie i puściłem Hunter'owi przelotne spojrzenie, chcąc mu uświadomić o jego poziomie intelektualnym.
- Ah. Wybacz. Mógłbyś wyrażać się konkretniej...
- Mógłbym, mógłbym, ale widzisz mój drogi... - przerwałem i zacząłem wpatrywać się w niebo, udając, że przeszukuję moją pamięć w poszukiwaniu jakiegoś słowa.
- Hunter - podpowiedział ze spokojem wilczur, mimo że doskonale pamiętałem jego imię. Przedstawienie się jednak jako roztrzepany głupek zmniejszy jego czujność w stosunku do mnie.
- Właśnie, Hunter. Chodzi o to, że... aaa c.h.o.l.e.r.a* to - warknąłem i jednym zwinnym ruchem przeskoczyłem przez barierkę, upadając bezdźwięcznie obok niego. Od rana miałem w głowie pustkę, więc nie miałem ochoty na dalszą zabawę. Szczególne po tym jak musiałem sprzątać całe laboratorium, kiedy wybuchła mi kolejna substancja. Jej sprzątanie było tak uciążliwe, jak sprzątnie galaretki miotłą. Rozwaliłem się wzdłuż tarasu i głośno westchnąłem.
- Trochę kultury? - spytał wilk, zarówno zdziwiony zmianą mojego zachowania jak i użytym przeze mnie słownictwem. Najwyraźniej był też trochę już tym zdenerwowany. Widząc jednak, że nie jest typem, któremu szybko 'puszczają nerwy' postanowiłem grać po swojemu dłużej.
- Aaa zamknij się, łeb mi od rana pęka... - mruknąłem leniwym głosem i obojętnie machając łapą. Spomiędzy kosmyków włosów ujrzałem jak jego pysk lekko się marszczy ze zdenerwowania.
- Kim ty właściwie jesteś?
- Kimś, mój drogi, kto zdecydowanie nadużył ostatnio swojego szczęścia
- Co masz przez to na myśli? - wilk uniósł jedną brew, zaciekawiony moimi słowami. Punkt dla mnie.
- Nie dowiesz się, a ja ci nie powiem. Zdecydowałem zapomnieć o przeszłości
- To nie jest najlepsze wyjście. To prawda, Każdy z nas miał ciemną przeszłość, ale po to tu jesteśmy by uczyć się na błędach z przeszłości i zacząć nowe życie
- Hehhhe - zaśmiałem się cicho. - Nie wiem kim byłeś - a właśnie, że tak. Twoja postawa doskonale to pokazuje. - Ale czasami po prostu lepiej jest zapomnieć
- Nieprawda
- Nie drocz się zemną - zaśmiałem się ponownie, lekko kopiąc go jedną łapą. - O, nasza droga Alficzka przybywa
- Masz na myśli Roxolanne? - spytał Hunter dokładnie w momencie, kiedy zza drzew wyłoniła się czarno-złota wilczyca. Jak widać słysząc słoniowe kroki stąpające przez las nie myliłem się co do osoby, która je stawiała. Uśmiechnąłem się delikatnie, nie unosząc głowy. Móc wieść spokojne życie, to coś niesamowitego.
*ah, ta cenzura...
- Co? - basior lekko wychylił się za barierkę, aby mi się przyjrzeć. Ja nie musiałem wytężać wzroku, aby dostrzec jego białą jak śnieg sierść i szare, krucze skrzydła. Lekko zaskoczona jak i pełna spokoju twarz wilka nie zdradzała niczego szczególnego. Oczy wilczura miały jasnoniebieski kolor i były pełne inteligentnej głębi. Jego ruchy były kontrolowane i nie rozpraszał swojej uwagi, co mogło oznaczać, że pochodzi z jakiegoś szlacheckiego rodu, lub ma spokojny i zrównoważony charakter.
- Imię. Ruka - zaśmiałem się cicho, udając postawę radosnego śmieszka. Oparłem przednie łapy na brzegu werandy i spojrzałem w górę, na jego pysk.
- Ah. Hunter - odpowiedział wilk, uważnie mi się przyglądając. Najwyraźniej nie był łatwo wierny.
- Mieszkasz tutaj? - spytałem, bawiąc się piórem, które spadło z jednego z jego skrzydeł, aby zmniejszyć jego uwagę.
- Jeszcze nie, ale może będę... - Huter przeniósł wzrok na mgłę znajdującą się za mną. Każdy inny mógłby stwierdzić, że wypatruje kogoś lub czegoś, ale w takim przypadku jego źrenice poruszałyby się w nieregularny sposób. W momencie, kiedy były nieruchome znaczyło to, że po prostu chce uniknąć patrzenia na mnie. Słusznie. Czasami wilki mi mówią, że moje oczy potrafią zajrzeć im w głąb duszy, albo nawet przejrzeć ich na wylot. Ale czy to moja wina, że zostawiają tyle ważnych informacji na ich temat w swoim otoczeniu?
- Biały Bór, SilverScythe, pierwszy dom po lewej, wielka posiadłość, łatwo zauważyć... - wyrecytowałem jak z książki, przy okazji udając, że skupiam większą uwagę na dokładnych oględzinach moich pazurów.
- Huh? - widząc kolejną lekko zdziwioną minę wilczura, prawie wybuchnąłem śmiechem.
- Tam mieszkam - odpowiedziałem obojętnie i puściłem Hunter'owi przelotne spojrzenie, chcąc mu uświadomić o jego poziomie intelektualnym.
- Ah. Wybacz. Mógłbyś wyrażać się konkretniej...
- Mógłbym, mógłbym, ale widzisz mój drogi... - przerwałem i zacząłem wpatrywać się w niebo, udając, że przeszukuję moją pamięć w poszukiwaniu jakiegoś słowa.
- Hunter - podpowiedział ze spokojem wilczur, mimo że doskonale pamiętałem jego imię. Przedstawienie się jednak jako roztrzepany głupek zmniejszy jego czujność w stosunku do mnie.
- Właśnie, Hunter. Chodzi o to, że... aaa c.h.o.l.e.r.a* to - warknąłem i jednym zwinnym ruchem przeskoczyłem przez barierkę, upadając bezdźwięcznie obok niego. Od rana miałem w głowie pustkę, więc nie miałem ochoty na dalszą zabawę. Szczególne po tym jak musiałem sprzątać całe laboratorium, kiedy wybuchła mi kolejna substancja. Jej sprzątanie było tak uciążliwe, jak sprzątnie galaretki miotłą. Rozwaliłem się wzdłuż tarasu i głośno westchnąłem.
- Trochę kultury? - spytał wilk, zarówno zdziwiony zmianą mojego zachowania jak i użytym przeze mnie słownictwem. Najwyraźniej był też trochę już tym zdenerwowany. Widząc jednak, że nie jest typem, któremu szybko 'puszczają nerwy' postanowiłem grać po swojemu dłużej.
- Aaa zamknij się, łeb mi od rana pęka... - mruknąłem leniwym głosem i obojętnie machając łapą. Spomiędzy kosmyków włosów ujrzałem jak jego pysk lekko się marszczy ze zdenerwowania.
- Kim ty właściwie jesteś?
- Kimś, mój drogi, kto zdecydowanie nadużył ostatnio swojego szczęścia
- Co masz przez to na myśli? - wilk uniósł jedną brew, zaciekawiony moimi słowami. Punkt dla mnie.
- Nie dowiesz się, a ja ci nie powiem. Zdecydowałem zapomnieć o przeszłości
- To nie jest najlepsze wyjście. To prawda, Każdy z nas miał ciemną przeszłość, ale po to tu jesteśmy by uczyć się na błędach z przeszłości i zacząć nowe życie
- Hehhhe - zaśmiałem się cicho. - Nie wiem kim byłeś - a właśnie, że tak. Twoja postawa doskonale to pokazuje. - Ale czasami po prostu lepiej jest zapomnieć
- Nieprawda
- Nie drocz się zemną - zaśmiałem się ponownie, lekko kopiąc go jedną łapą. - O, nasza droga Alficzka przybywa
- Masz na myśli Roxolanne? - spytał Hunter dokładnie w momencie, kiedy zza drzew wyłoniła się czarno-złota wilczyca. Jak widać słysząc słoniowe kroki stąpające przez las nie myliłem się co do osoby, która je stawiała. Uśmiechnąłem się delikatnie, nie unosząc głowy. Móc wieść spokojne życie, to coś niesamowitego.
<Hunter>
*ah, ta cenzura...
Od Huntera C.D. Ruka/Roxolanne
Obudziłem się. Promienie słońca świeciły mi prosto w oczy, oślepiając mnie. Przewróciłem się na drugi bok, próbując znów zasnąć. Chwila… chwila! Już ranek! „Hunter, Ty głupcze… powinieneś już dawno wstać!” – Ganiąc się sam w myślach zerwałem się z mojego posłania. Należało mi się porządne lanie, żaden doradca przywódcy tak długo nie śpi! Wybiegłem z chaty, pozostawiając za sobą głuchą ciszę. Zauważyłem basiora rozmawiającego z Roxolanne. Wilk wyróżniał się białym futrem i czarnymi odmianami. Podszedłem bliżej.
- Coś mnie ominęło? – Próbowałem nie pisnąć ani słówka o tym, że zaspałem.
- Coś mnie ominęło? – Próbowałem nie pisnąć ani słówka o tym, że zaspałem.
< Ja wiem, że krótkie. Wiem, ale mi nie idzie ;_; Bo nie wiem co napisać. >
niedziela, 7 lutego 2016
Od Ruki
Gdy spaceruję przez las słyszę wasze kroki,
pełne bólu i cierpienia,
pełnie chciwości i udręki.
Zatrzymuje się, rozglądam dookoła.
Szukam was, tych którzy dawno temu opuścili mnie.
Słyszę, lecz nie widzę,
widzę, lecz nie słyszę.
Wyciągam przed siebie łapę,
próbując chwycić wasze zanikające w oddali głosy.
Was jednak tu nie ma,
wasze wspomnienia przelatują przez moją sierść,
niczym wiatr przez pole pszenicy.
Unoszę moją głowę,
wołam was.
Nie odpowiadacie,
przeminął wasz czas.
Coraz trudniej mi stawiać każdy krok,
każdy oddech przynosi ból.
''Dokąd zmierzam?'' pytam sam siebie,
podążając za waszymi głosami.
Ciemność ogarnia las,
jak noc ciemna po dniu srebrzystym nadchodzi.
A może to moje oczy zmęczone,
mgłą czarną jak smoła zachodzą?
Opadam z sił,
moje łapy łamią się jak patyki.
Upadam na ziemię,
lecz nie czuję bólu.
Unoszę głowę,
nastawiam uszy.
Słyszę głosy,
chcę im odpowiedzieć.
Lecz nie mogę,
bowiem mój pysk zamilknął już wiele lat temu,
bowiem ja, znękany,
psem uległym mego pana jestem nazywany.
Głośno westchnąłem i odłożyłem pióro na leżącą koło mnie chustkę. Przyjrzałem się wersom liter, starannie wykaligrafowanych. Delikatnie przejechałem łapą po stronicy, jakbym chciał poczuć siłę zawartą w tamtych słowach. Kochałem swoje dawne życie. Robiłem to co kochałem. Wykonywałem czyjeś rozkazy, mimo że sam byłem niezależny. Teraz jednak nie mogę już tam wrócić. Uśmiechnąłem się delikatnie i oparłem głowę na łapach, wpatrując się w balansujący w kominku ogień. Przez jeden, jakże drobny błąd straciłem wszystko. Pracę, dom, pracodawcę, podległe mi armie i coś co kochałem. Tak samo, w jednej krótkiej chwili zyskałem to wszystko, tylko inaczej. Mam swój dom, miejsce do którego należę, watahę i coś co kocham, spokój. Życie w ciągłym stresie i najwyższej czujności podobało mi się, jednak kiedy znudzę się jedną zabawką, wyrzucam ją żeby znaleźć inną. Nie ma dla mnie znaczenia, czy podążam ścieżką dobra, czy zła, o ile będę miał z tego korzyści i zabawę. Nie obchodzi mnie dla kogo, jak i w jakim celu będę pracował. Nie mogę jednak powiedzieć, że jestem samolubny, ponieważ sam nie czerpię radości z robienia rzeczy na swoją korzyść. Mogę powiedzieć, że jestem jak maszyna ciesząca się z czyjegoś cierpienia. Czerpiąca radość z oglądania popadających w ruinę rodów. Inni mówią, że nie jestem szczery ze sobą, że nigdy moja twarz nie przedstawia tego co myślę. To prawda, ponieważ jak przedstawić pustkę? Moja głowa została tak wypełniona kalkulacjami, obliczeniami, szczegółami i faktami, że w miejscu uczuć pojawił się tylko ten głos, którym określam swoje uczucia i który jest jedyną rzeczą, na podstawie której utrzymuję, że nadal jestem wilkiem. Takim zwykłym jak wszystkie. Potrafiącym kochać, płakać i współczuć. Przyłożyłem łapę do pyska, by stłumić wydobywający się ze mnie śmiech.
'Czy ja kiedykolwiek przestanę się oszukiwać?'
piątek, 29 stycznia 2016
Od Ruki - Nowy dom
- Dobry wieczór - powiedziała cicho wadera i wpatrzyła się w ogromny, pomarańczowy okrąg ponad drzewami. Ściemniało się, więc mrok powoli nas ogarniał, lecz nadal było ciepło. Uśmiechnąłem się i z głęboki westchnięciem przeciągnąłem.
- Dobry~
- Jak twoje rany? - słysząc jej pytanie popatrzyłem na swoje łapy. Nie miałem już na sobie bandaży, lecz szwy pokrywające moją skórę dość mocno rzucały się w oczy. Przypatrzyłem się im uważnie. Dobrze widziałem, że nie jest to robota pierwszej klasy, ale i tak mi wyszłoby to pewnie gorzej. Spojrzałem ponownie na wilczycę. Nie potrzebowałem dużo czasu, aby w jej utkwionym przed siebie wzroku ujrzeć troskę. Nagle wadera spojrzała na mnie. Nie chcąc wyglądać na jakiegoś idiotę, szybko odwróciłem głowę, spoglądając na moje łapy.
- Em... chyba wszystko w porządku. Nie wiem. Nie znam się - zaśmiałem się. Ciekawiło mnie co one sobie o mnie myślały? Jak łatwo wiernym trzeba być, aby 'przygarnąć' jakiegoś dziwnego, poranionego wilka, na którego jest nasłany cały pościg? Co jeśli byłbym jakimś mordercą. Zaśmiałem się w duchu, a na moim pysku pojawił się kwaśny uśmiech. Jestem mordercą. Nagle siedząca obok mnie wilczyca podniosła się, przerywając mój tok myśli.
- Zaczekaj chwilkę - powiedziała, po czym uśmiechnęła się delikatnie. - Zaraz zobaczysz coś niesamowitego
- Tsh. Widziałem już tyle, że nic mnie nie zaskoczy - zażartowałem. - Bo niby co? Księżyc mi tu wzniesiesz?
- Zaraz zobaczysz
- Nie próbuj mnie zaskoczyć. Wiem już wystarczająco dużo, Roxolanne, córko Bring The Horizon i Eagle Eye. Dawny koniu, obecny wilczurze. Pani księżyca, podobno w dobrych stosunkach ze znanym mordercą~ - wyrecytowałem jak z formułki, a perfidny uśmiech nie schodził z mojego pyska.
- Skąd wiesz? - zaskoczona wilczyca przez chwilę straciła kontrolę nad swoją obojętnością.
- Kiedyś obiłaś mi się o uszy, podczas mojej pracy, a resztę to z twojego pamiętnika. Swoją drogą, kto głupi kładzi swój pamiętnik pod dywanem? - mówiąc ostatnie zdanie zacząłem się śmiać, więc byłem zmuszony zakryć pysk łapami.
- Nie grzebie się w cudzych rzeczach - prychnęła i odwróciła się tyłem. Jakby na to nie patrzeć moja praca od zawsze polegała na obserwowaniu, słuchaniu, grzebaniu w czyiś rzeczach i co więcej - zabieraniu ich. Niech się cieszy, że odłożyłem go na miejsce. Tak w ogóle, to ten myślał, że wszyscy będą na tyle głupi, aby nie zauważyć, że w jednym miejscu dywan jest o kilka milimetrów szerszy? Hm, w sumie to całkiem niezła taktyka. Jednak nie na mnie.
Nagle usłyszałem dziwny dźwięk. Oderwałem się od swoich myśli i spojrzałem na waderę stojącą pośrodku łąki. Dobrze wiedziałem, co się teraz stanie. Podparłem pysk łapą i ułożyłem się w wygodniej pozie, jakbym miał za chwilę oglądać film. W końcu oglądanie sceny wznoszenia księżyca z bliska nie jest jednym z moich codziennych zajęć. Przyglądałem się wilczycy, która otaczała złota powłoka. Z uwagą obserwowałem każdy ruch. Gdybym odkrył dokładnie 'skrypt' jej mocy, mógłbym go spisać i sprzedać jakiemuś wilkowi z magią gwiazd za spore pieniądze. Mógłbym ją również wykorzystać samemu, ale po co umiejętność wznoszenia księżyca? Obecnie moc na którą poluję jest 'skrypt' do Boskiej mocy niewidzialności, lub jeden z boskich artefaktów umożliwiającym mi stanie się przeźroczystym. Wadera schyliła się lekko, napinając mięśnie. Najwyraźniej zaklęcie potrzebowało dużego wysiłku. Po chwili zobaczyłem biały krąg, powoli pojawiający się na granatowym niebie. Szybko jednak powróciłem wzrokiem do Roxolanne. Nie chciałem przeoczyć najmniejszego ruchu, czy słowa. Byłem pewny, że uchwyciłem dokładnie wszystko, jednak po posklejaniu części 'skryptu' w głowie, okazało się, że brakuje mu wielu elementów. Przekląłem cicho pod nosem, patrząc z uśmiechem jak wraca na taras.
- I jak? - spytała, spoglądając na mnie z dumną miną.
- Normalnie - prychnąłem. Widząc, jak wilczyca krzywi się kontynuowałem. - Tam gdzie wcześniej mieszkałem wschodził tak samo - oczywiście to nie była prawda. Tam gdzie mieszkałem, nie było widać księżyca, ani gwiazd przez chmurę pyłu i dymu zakrywającą miasto, ani w kanałach, poprzez grube ściany rur. Teraz też nie przyglądałem się za specjalnie. Dużo bardziej interesowało mnie zdobycie jej mocy.
- Zawsze jakiś komplement - westchnęła. - Hej, jak długo zamierzasz tu zostać?
- Uh? - dopiero po chwili zrozumiałem, że miała na myśli jej dom. - Nie wiem. Czuje się już lepiej, wiec pewnie będę niedługo wracał
- Aaaa... masz gdzie wrócić? - spytała delikatnie. No tak. Patrząc na ten pościg goniący mnie tamtego dnia można słusznie uznać, że jestem jakimś zbiegiem. Zawsze byłem.
- Powiedzmy - uśmiechnąłem się tajemniczo. I tak prawdopodobnie wcześniej zatrzymam się w jakiejś jaskini na miesiąc, aż moje rany kompletnie wyzdrowieją. A następnie wrócę do domu i osobiście zajmę się tymi, który mnie tak urządzili.
- A może chciałbyś zostać tutaj? - zaproponowała, lekko się uśmiechając. Uniosłem podejrzliwie jedną brew. Ta biała wariatka nie wystarczała jej do towarzystwa?
- Co masz przez to na myśli? - w duchu modliłem się, żeby dała mi w końcu spokój. Poleżę tu jeszcze z kilka dni, potem spakuję manatki i spieprzę stąd w ekspresowym tempie, nie przeszkadzając już w ich życiu.
- No... jestem przywódczynią watahy. Na razie nie liczy jeszcze wielu członków, ale, no wiesz... może chciałbyś dołączyć? No i są tuta, w Overhill różne ładne domy, mógłbyś w jakimś zamieszkać - słysząc jej słowa słowa lekko się skrzywiłem. Czy ona sugerowała, że mam tu zostać? Choć swoją drogą własny, wygodny i ciepły dom brzmiał kusząco. Machnąłem łapą, urywając jej wypowiedź.
- Interesująca propozycja. Chciałbym jednak podkreślić jedno - mówiąc to przybliżyłem się do niej oparłem łapę na jej klatce piersiowej, jednocześnie drwiąco się uśmiechając. - Nie lubię pracy w grupie. Nie uznaję watah. Mi pasuje tylko jeden układ. JA mówię ONI słuchają - powiedziałem, szczególnie akcentując te dwa wyrazy. Na początku mojej pracy wykonywałem rozkazy, bo były proste. Wykonać zlecenie. To prawie tak samo, jakbym sam wydał sobie taki rozkaz. Lecz jak wielka jest różnica między tym, a słuchaniem każdego słowa przywódcy? To niczym słuchanie króla. On mówi, a my swoje. Jedyna satysfakcjonująca mnie pozycja, to ta, w której rozkazuje innym. Ta, w której to oni poruszają się według moich słów, niczym ciągani z sznurki, jak kukiełki. Jak umarli.
- Kim ty jesteś? - spytała. Słysząc jej słowa zachichotałem cicho.
- Stosowniej byłoby zapytać się kim byłem - spojrzałem na nią wzrokiem pełnym wyższości. - Kim jestem? Wygląda na to, że członkiem Overhill...
- Uh? Ru...
- WITAJ W OVERHILL! - nagle z domu wyskoczyła Greenie, a z trzymanego przez nią pudełka wysypały się serpentyny i konfetti. Zasłoniłem łapą pysk, aby uchronić się przed spadającym 'śmieciami' co oczywiście nie dało większego skutku.
- Green Day?! Podsłuchiwałaś? Od kiedy? - lekko zaskoczona, jak i zirytowana Roxolanne podniosła się na nogi.
- Od... - zaczęła szamanka.
- Początku - powiedzieliśmy obydwoje, Green i ja w tym samy momencie. Ta szybko odwróciła się w moja stronę.
- Czytasz mi w myślach?! - zawołała, łapiąc mnie za ramiona i mocno trzęsąc. Jakimś cudem udało mi się wyrwać z jej uchwytu i odzyskać równowagę.
- Nie, ale tak bardzo wierciłaś się przy tych drzwiach, że było cię słychać. Nie nadawałabyś się na szpiega - kiedy to powiedziałem obie zdziwione wadery wlepiły we mnie swoje oczy.
- Ja nic nie słyszałam - stwierdziła Roxolanne, która teoretycznie powinna słyszeć głośniej, ponieważ siedziała bliżej drzwi.
- Bo nie skupiałaś się na niczym więcej niż naszej rozmowie - odparłem, poprawiając rozczochrane włosy. Co prawda moją głowę też cały czas atakowały miliony myśli, ale już się przyzwyczaiłem do wyłapywania takich dźwięków. - A pozatym, to mam moc wyostrzającą mój słuch, wzrok, węch i inne zmysły - dodałem, jakby było to coś normalnego.
- Uh? Taka magia istnieje? - czarnuch wyglądał na zainteresowanego. Aż nie mogłem uwierzyć, że nie przeczytała nic o tym w tych swoich księgach. Gdy nudziło mi się, czytałem jej książki. Choć właściwie to czytanie to za dużo powiedziane. Moje czytanie literka po literce trochę by pewnie zajęło, wiec tylko oglądałem obrazki. Nie no, żart. Umiem czytać.
- Magia Etyczno, Nudząca To Analiza Liryki I Zamknięcie Marketu* - zaśmiałem się widząc ich skrzywione miny. Ciekawe czy odgadły co właśnie powiedziałem. Zaśmiałem się cicho i machnąłem łapą. - Dobra. To miałem dostać jakąś villę, co? - spytałem, układając się na tarasie i szeroko uśmiechając.
- Tak. Oprowadzimy cię jutro to jakąś wybierzesz - odpowiedziała czarnula, podnosząc się i prawdopodobnie kierując w stronę drzwi, a następnie sypialni.
- Już wiem gdzie chcę mieszkać. Ulica Silverscythe. Tam znajduje się tylko jednej dom, mam rację? - słysząc moje słowa wilczyca zatrzymała się w progu i odwróciła głowę.
- Skąd ty... - przerwała, najwyraźniej uznając, że nie dostanie zbyt ambitnej odpowiedzi na to pytanie. - To jest to zapomniane laboratorium - powiedziała cicho.
- Fajnie. Zawsze chciałem pobawić się w chemika - Roxolanne spojrzała na mnie z miną 'zapomnij, jeszcze coś wysadzisz'. Uśmiechnąłem się w jej stronę. - Spokojnie. Już nie pierwszy raz to robię, jestem w tym doświadczony - zapewniłem je, chociaż nie wyglądały na przekonane.
- A rób co chcesz, o ile wyprowadzisz się z mojego domu - zaśmiałem się cicho. - Pomóc ci z twoimi rzeczami?
- Jakimi moimi rzeczami? - prychnąłem, wymownie machając łapami. Dosłownie wszystkie moje rzeczy zostały w moim dawnym domu.
- Fakt. Wybierzesz się potem ze mną na bazar to kupię ci potrzebne przedmioty, dobrze? - przez chwilę zauważyłem w jej oczach nutkę zatroskania.
- To kiedy będę mógł się wprowadzić?
- Jutro - uśmiechnęła się i weszła do mieszkania. Dałem jej znak łapą, że chcę jeszcze chwilę zostać na dworzu. Gdy drzwi się zamknęły ogarnęła mnie ciemność. Wciągnąłem głęboko zapach nocnego sosnowego lasu. To się pięknie urządziłem. Ciekawe co będzie daje...
<THE END>
Raveneliss Manor - inaczej Krucza posiadłość. Jest jedynym domem położonym w Białym Borze, na ulicy Silverscythe. Obecnie zamieszkuje go Ruka. Na tyłach domu znajduje się obszerny cmentarz, a w środku znajduje się m.in. biblioteka i kilka laboratoriów.
Podziemne Laboratorium Chemiczne
Salon (przykład pokoi)
Sypialnia Ruki
Podziemne Laboratorium Fizyczne
Cmentarz na tyłach domu
* Wielkie litery nie są tam przypadkowo. Gdy połączymy pierwsze litery tych wyrazów wychodzi 'Mentalizm'
Subskrybuj:
Posty (Atom)
