Alternatywny tekst

piątek, 29 stycznia 2016

Od Ruki - Nowy dom


Właśnie leżałem na miękkiej poduszce na ganku, gdy usłyszałem ciche kroki. Po chwili obok mnie stanął czarnuch.
- Dobry wieczór - powiedziała cicho wadera i wpatrzyła się w ogromny, pomarańczowy okrąg ponad drzewami. Ściemniało się, więc mrok powoli nas ogarniał, lecz nadal było ciepło. Uśmiechnąłem się i z głęboki westchnięciem przeciągnąłem.
- Dobry~ 
- Jak twoje rany? - słysząc jej pytanie popatrzyłem na swoje łapy. Nie miałem już na sobie bandaży, lecz szwy pokrywające moją skórę dość mocno rzucały się w oczy. Przypatrzyłem się im uważnie. Dobrze widziałem, że nie jest to robota pierwszej klasy, ale i tak mi wyszłoby to pewnie gorzej. Spojrzałem ponownie na wilczycę. Nie potrzebowałem dużo czasu, aby w jej utkwionym przed siebie wzroku ujrzeć troskę. Nagle wadera spojrzała na mnie. Nie chcąc wyglądać na jakiegoś idiotę, szybko odwróciłem głowę, spoglądając na moje łapy.
- Em... chyba wszystko w porządku. Nie wiem. Nie znam się - zaśmiałem się. Ciekawiło mnie co one sobie o mnie myślały? Jak łatwo wiernym trzeba być, aby 'przygarnąć' jakiegoś dziwnego, poranionego wilka, na którego jest nasłany cały pościg? Co jeśli byłbym jakimś mordercą. Zaśmiałem się w duchu, a na moim pysku pojawił się kwaśny uśmiech. Jestem mordercą. Nagle siedząca obok mnie wilczyca podniosła się, przerywając mój tok myśli.
- Zaczekaj chwilkę - powiedziała, po czym uśmiechnęła się delikatnie. - Zaraz zobaczysz coś niesamowitego
- Tsh. Widziałem już tyle, że nic mnie nie zaskoczy - zażartowałem. - Bo niby co? Księżyc mi tu wzniesiesz? 
- Zaraz zobaczysz
- Nie próbuj mnie zaskoczyć. Wiem już wystarczająco dużo, Roxolanne, córko Bring The Horizon i Eagle Eye. Dawny koniu, obecny wilczurze. Pani księżyca, podobno w dobrych stosunkach ze znanym mordercą~ - wyrecytowałem jak z formułki, a perfidny uśmiech nie schodził z mojego pyska.
- Skąd wiesz? - zaskoczona wilczyca przez chwilę straciła kontrolę nad swoją obojętnością.
- Kiedyś obiłaś mi się o uszy, podczas mojej pracy, a resztę to z twojego pamiętnika. Swoją drogą, kto głupi kładzi swój pamiętnik pod dywanem? - mówiąc ostatnie zdanie zacząłem się śmiać, więc byłem zmuszony zakryć pysk łapami. 
- Nie grzebie się w cudzych rzeczach - prychnęła i odwróciła się tyłem. Jakby na to nie patrzeć moja praca od zawsze polegała na obserwowaniu, słuchaniu, grzebaniu w czyiś rzeczach i co więcej - zabieraniu ich. Niech się cieszy, że odłożyłem go na miejsce. Tak w ogóle, to ten myślał, że wszyscy będą na tyle głupi, aby nie zauważyć, że w jednym miejscu dywan jest o kilka milimetrów szerszy? Hm, w sumie to całkiem niezła taktyka. Jednak nie na mnie. 
Nagle usłyszałem dziwny dźwięk. Oderwałem się od swoich myśli i spojrzałem na waderę stojącą pośrodku łąki. Dobrze wiedziałem, co się teraz stanie. Podparłem pysk łapą i ułożyłem się w wygodniej pozie, jakbym miał za chwilę oglądać film. W końcu oglądanie sceny wznoszenia księżyca z bliska nie jest jednym z moich codziennych zajęć. Przyglądałem się wilczycy, która otaczała złota powłoka. Z uwagą obserwowałem każdy ruch. Gdybym odkrył dokładnie 'skrypt' jej mocy, mógłbym go spisać i sprzedać jakiemuś wilkowi z magią gwiazd za spore pieniądze. Mógłbym ją również wykorzystać samemu, ale po co umiejętność wznoszenia księżyca? Obecnie moc na którą poluję jest 'skrypt' do Boskiej mocy niewidzialności, lub jeden z boskich artefaktów umożliwiającym mi stanie się przeźroczystym. Wadera schyliła się lekko, napinając mięśnie. Najwyraźniej zaklęcie potrzebowało dużego wysiłku. Po chwili zobaczyłem biały krąg, powoli pojawiający się na granatowym niebie. Szybko jednak powróciłem wzrokiem do Roxolanne. Nie chciałem przeoczyć najmniejszego ruchu, czy słowa. Byłem pewny, że uchwyciłem dokładnie wszystko, jednak po posklejaniu części 'skryptu' w głowie, okazało się, że brakuje mu wielu elementów. Przekląłem cicho pod nosem, patrząc z uśmiechem jak wraca na taras.
- I jak? - spytała, spoglądając na mnie z dumną miną.
- Normalnie - prychnąłem. Widząc, jak wilczyca krzywi się kontynuowałem. - Tam gdzie wcześniej mieszkałem wschodził tak samo - oczywiście to nie była prawda. Tam gdzie mieszkałem, nie było widać księżyca, ani gwiazd przez chmurę pyłu i dymu zakrywającą miasto, ani w kanałach, poprzez grube ściany rur. Teraz też nie przyglądałem się za specjalnie. Dużo bardziej interesowało mnie zdobycie jej mocy.
- Zawsze jakiś komplement - westchnęła. - Hej, jak długo zamierzasz tu zostać?
- Uh? - dopiero po chwili zrozumiałem, że miała na myśli jej dom. - Nie wiem. Czuje się już lepiej, wiec pewnie będę niedługo wracał 
- Aaaa... masz gdzie wrócić? - spytała delikatnie. No tak. Patrząc na ten pościg goniący mnie tamtego dnia można słusznie uznać, że jestem jakimś zbiegiem. Zawsze byłem.
- Powiedzmy - uśmiechnąłem się tajemniczo. I tak prawdopodobnie wcześniej zatrzymam się w jakiejś jaskini na miesiąc, aż moje rany kompletnie wyzdrowieją. A następnie wrócę do domu i osobiście zajmę się tymi, który mnie tak urządzili. 
- A może chciałbyś zostać tutaj? - zaproponowała, lekko się uśmiechając. Uniosłem podejrzliwie jedną brew. Ta biała wariatka nie wystarczała jej do towarzystwa?
- Co masz przez to na myśli? - w duchu modliłem się, żeby dała mi w końcu spokój. Poleżę tu jeszcze z kilka dni, potem spakuję manatki i spieprzę stąd w ekspresowym tempie, nie przeszkadzając już w ich życiu.
- No... jestem przywódczynią watahy. Na razie nie liczy jeszcze wielu członków, ale, no wiesz... może chciałbyś dołączyć? No i są tuta, w Overhill różne ładne domy, mógłbyś w jakimś zamieszkać - słysząc jej słowa słowa lekko się skrzywiłem. Czy ona sugerowała, że mam tu zostać? Choć swoją drogą własny, wygodny i ciepły dom brzmiał kusząco. Machnąłem łapą, urywając jej wypowiedź.
- Interesująca propozycja. Chciałbym jednak podkreślić jedno - mówiąc to przybliżyłem się do niej oparłem łapę na jej klatce piersiowej, jednocześnie drwiąco się uśmiechając. - Nie lubię pracy w grupie. Nie uznaję watah. Mi pasuje tylko jeden układ. JA mówię ONI słuchają - powiedziałem, szczególnie akcentując te dwa wyrazy. Na początku mojej pracy wykonywałem rozkazy, bo były proste. Wykonać zlecenie. To prawie tak samo, jakbym sam wydał sobie taki rozkaz. Lecz jak wielka jest różnica między tym, a słuchaniem każdego słowa przywódcy? To niczym słuchanie króla. On mówi, a my swoje. Jedyna satysfakcjonująca mnie pozycja, to ta, w której rozkazuje innym. Ta, w której to oni poruszają się według moich słów, niczym ciągani z sznurki, jak kukiełki. Jak umarli.
- Kim ty jesteś? - spytała. Słysząc jej słowa zachichotałem cicho.
- Stosowniej byłoby zapytać się kim byłem - spojrzałem na nią wzrokiem pełnym wyższości. - Kim jestem? Wygląda na to, że członkiem Overhill...
- Uh? Ru...
- WITAJ W OVERHILL! - nagle z domu wyskoczyła Greenie, a z trzymanego przez nią pudełka wysypały się serpentyny i konfetti. Zasłoniłem łapą pysk, aby uchronić się przed spadającym 'śmieciami' co oczywiście nie dało większego skutku.
- Green Day?! Podsłuchiwałaś? Od kiedy? - lekko zaskoczona, jak i zirytowana Roxolanne podniosła się na nogi.
- Od... - zaczęła szamanka. 
- Początku - powiedzieliśmy obydwoje, Green i ja w tym samy momencie. Ta szybko odwróciła się w moja stronę.

- Czytasz mi w myślach?! - zawołała, łapiąc mnie za ramiona i mocno trzęsąc. Jakimś cudem udało mi się wyrwać z jej uchwytu i odzyskać równowagę.
- Nie, ale tak bardzo wierciłaś się przy tych drzwiach, że było cię słychać. Nie nadawałabyś się na szpiega - kiedy to powiedziałem obie zdziwione wadery wlepiły we mnie swoje oczy.
- Ja nic nie słyszałam - stwierdziła Roxolanne, która teoretycznie powinna słyszeć głośniej, ponieważ siedziała bliżej drzwi.
- Bo nie skupiałaś się na niczym więcej niż naszej rozmowie - odparłem, poprawiając rozczochrane włosy. Co prawda moją głowę też cały czas atakowały miliony myśli, ale już się przyzwyczaiłem do wyłapywania takich dźwięków. - A pozatym, to mam moc wyostrzającą mój słuch, wzrok, węch i inne zmysły - dodałem, jakby było to coś normalnego.
- Uh? Taka magia istnieje? - czarnuch wyglądał na zainteresowanego. Aż nie mogłem uwierzyć, że nie przeczytała nic o tym w tych swoich księgach. Gdy nudziło mi się, czytałem jej książki. Choć właściwie to czytanie to za dużo powiedziane. Moje czytanie literka po literce trochę by pewnie zajęło, wiec tylko oglądałem obrazki. Nie no, żart. Umiem czytać. 
- Magia Etyczno, Nudząca To Analiza Liryki I Zamknięcie Marketu* - zaśmiałem się widząc ich skrzywione miny. Ciekawe czy odgadły co właśnie powiedziałem. Zaśmiałem się cicho i machnąłem łapą. - Dobra. To miałem dostać jakąś villę, co? - spytałem, układając się na tarasie i szeroko uśmiechając.
- Tak. Oprowadzimy cię jutro to jakąś wybierzesz - odpowiedziała czarnula, podnosząc się i prawdopodobnie kierując w stronę drzwi, a następnie sypialni.
- Już wiem gdzie chcę mieszkać. Ulica Silverscythe. Tam znajduje się tylko jednej dom, mam rację? - słysząc moje słowa wilczyca zatrzymała się w progu i odwróciła głowę.
- Skąd ty... - przerwała, najwyraźniej uznając, że nie dostanie zbyt ambitnej odpowiedzi na to pytanie. - To jest to zapomniane laboratorium - powiedziała cicho.
- Fajnie. Zawsze chciałem pobawić się w chemika - Roxolanne spojrzała na mnie z miną 'zapomnij, jeszcze coś wysadzisz'. Uśmiechnąłem się w jej stronę. - Spokojnie. Już nie pierwszy raz to robię, jestem w tym doświadczony - zapewniłem je, chociaż nie wyglądały na przekonane.
- A rób co chcesz, o ile wyprowadzisz się z mojego domu - zaśmiałem się cicho. - Pomóc ci z twoimi rzeczami?
- Jakimi moimi rzeczami? - prychnąłem, wymownie machając łapami. Dosłownie wszystkie moje rzeczy zostały w moim dawnym domu. 
- Fakt. Wybierzesz się potem ze mną na bazar to kupię ci potrzebne przedmioty, dobrze? - przez chwilę zauważyłem w jej oczach nutkę zatroskania. 
- To kiedy będę mógł się wprowadzić? 
- Jutro - uśmiechnęła się i weszła do mieszkania. Dałem jej znak łapą, że chcę jeszcze chwilę zostać na dworzu. Gdy drzwi się zamknęły ogarnęła mnie ciemność. Wciągnąłem głęboko zapach nocnego sosnowego lasu. To się pięknie urządziłem. Ciekawe co będzie daje...

<THE END>


Raveneliss Manor - inaczej Krucza posiadłość. Jest jedynym domem położonym w Białym Borze, na ulicy Silverscythe. Obecnie zamieszkuje go Ruka. Na tyłach domu znajduje się obszerny cmentarz, a w środku znajduje się m.in. biblioteka i kilka laboratoriów.


Podziemne Laboratorium Chemiczne


Salon (przykład pokoi)


Sypialnia Ruki


Podziemne Laboratorium Fizyczne


Cmentarz na tyłach domu


* Wielkie litery nie są tam przypadkowo. Gdy połączymy pierwsze litery tych wyrazów wychodzi 'Mentalizm'

Od Ruki C.D. Roxolanne

Nagle poczułem jak coś łaskocze mnie w policzek. Z cichym westchnieniem wyciągnąłem łapy. Poczułem, jak moje poduszki dotykają czegoś miękkiego i puszystego. Powoli otworzyłem oczy, jednak jasne światło oślepiło mnie i zmusiło do ich zmrużenia. Kilka razy przekręciłem głowę, aż moje długie włosy zakryły mój pysk. Gdy przyzwyczaiłem się do kolorów, rozejrzałem się. Ciągle byłem lekko zaspany, więc z początku nie rozumiałem o co chodzi. Leżałem na bordowej, miękkiej kanapie. Naprzeciwko mnie stał kominek, w którym z przyjemnym trzaskiem paliło się świeże drewno. Odetchnąłem głęboko, wdychając zapach sosnowego lasu, jakże inny od smrodu miast i 'tajemnych' przejść, gdzie spędzałem większość czasu. Inny od kwaśnego i dobrze mi znanego zapachu krwi. Nad ceglanym kominkiem ustawione były różne figurki. Przyjrzałem się im z bliska. Słoń, lalka, koń, pozytywka, mini-karuzela. Uśmiechnąłem się. Jedną z moich cech, których nabyłem przy kradzieży była wycena przedmiotów. Ciekawe, czy ten ktoś, kto tu mieszkał zadawał sobie sprawę, że zdobienia na tych misternie wykonanych figurkach mogą być ze złota, a farba użyta do ich pomalowania może być jedną z najrzadszych na rynku? Czy zawał sobie sprawę, że mogą być warte więcej niż cały ten dom? No właśnie, dom. Kontynuowałem przegląd pokoju. Ściany i sufit były wyłożone deskami, tak dobrze pokrytymi lakierem, że każdy normalny wilk powiedziałby, że wyglądają jak nowe, chociaż nadgryzł je już spory ząb czasu. Pod ścianami stały mahoniowe meble. One też nie były pierwszej jakości, ale nie tak stare jak zapełniające je księgi. Ich okładki był w słabym stanie, przez co został obłożone w kolorowe, skórzane obwoluty. Ich kolory nie były w regularnej kolejności, a nowe księgi stały koło starych, domyśliłem się więc, że pewnie nie są ułożone ani rocznikiem wydania, ani kolorem. Zresztą kto by tak układał książki? Albo dziecko, albo ktoś, kto chciał przekazać jakąś sekretną wiadomość. Na każdej półce prawdopodobnie mieściły się książki o danym temacie, poustawiane w kolejności alfabetycznej. Myśląc o tym przypomniało mi się, jak kiedyś musiałem ukraść jedną książkę ze znanej prywatnej biblioteki w jednym z dworów. Wieki zajęło mi penetrowanie tego ogromniastego pomieszczenia, zanim doszedłem do jakże zawiłego kodu w jakim są ułożone książki. Mianowicie w kodzie: wszystko powsadzane gdziekolwiek, byle by stało na półce. Podniosłem się delikatnie z kanapy. Postawiłem łapy na puszystym i już lekko wygniecionym brązowym dywanie. Podszedłem delikatnie do regału, uważają by nie urazić gojących się ran. Wiedziałem, że wyciągnięcie łapy spowodowałoby otwarcie się rany, więc sięgnąłem w głąb mojej głowy. Przeszukałem ją kilka razy, by upewnić się, że z moją pamięcią wszystko w porządku. Gdy w końcu znalazłem odpowiednie słowo utkwiłem wzrok w jednej z książek.
- Libro - wymówiłem cicho, mocno akcentując pojedyncze litery. Stojąca na półce gruba księga w granatowej obwolucie zachybotała się, a następnie spadła z półki. Uśmiechnąłem się, widząc, że z moją mocą również wszystko w porządku. Wróciłem z powrotem do miejsca gdzie leżałem i zciągnąłem z sofy dużą poduszkę. Upuściłem ją przy kominku i ugniotłem łapą. Delikatnie się na niej ułożyłem, uważając na rany i jednocześnie próbując się na niem zmieścić cała powierzchnią ciała. Gdy było mi już wygodnie i ciepło wyciągnąłem łapę i otworzyłem książkę. 'Legendy Boskie', bo tak książka się nazywała, nie były pierwszej nowości. Pożółkłe kartki wyglądały jakby miały się za chwile rozsypać. Świetnie, a ja tym rzucałem. Skrzywiłem się z przekąsem. Czemu zachowuje się jakbym był u siebie? Phi, u siebie? Ja mieszkam w sali tortur, kanale lub jakiejś zatęchłej dziurze. W zależności od sytuacji i warunków. W lato jestem ciągle 'w delegacji' więc śpię wszędzie, gdzie mam pewność, że nikt mnie nie napadnie podczas snu. W zimę za to, kiedy robi się chłodniej na noc wracam do sali tortur, znajdującej się w siedzibie mojego pracodawcy. Mam tam ładną trumnę, wyłożoną czerwonym tiulem i aksamitem, oraz miękkie poduszki. Jak wampir, he he. Tyle, że ja budzę się rano i kładę w nocy. Ale trumna to naprawę ekonomiczne rozwiązanie! Można ją wstawić pod stół, a w czasie egzekucji można ją zamknąć i mieć pewność, że do środka nie nachlapie się krew. Albo raczej, miałem trumnę. Wątpię, żebym teraz tam wrócił. Albo w najbliższym czasie. Po 1. w tamtych warunkach chodzenia z otwartymi ranami jest jak proszenie się o jakąś bakterię, 2. w takim stanie raczej nie byłym w stanie się ukrywać, 3. dawno nie miałem takiej sielanki jak teraz. Uśmiechnąłem się i rozciągnąłem, głośno ziewając. Nagle usłyszałem skrzypnięcie drzwi. Szybko obejrzałem się. Moim oczom ukazały się dwie postacie. Jedna czarno-złota, a druga biało-niebiesko-różowa. Obydwie był zajęte rozmową, a sądząc po rysach ich pysków i tonie głosu był samicami w wieku ok. 3-4 lat. Przyłapałem się na zaskoczonym wyrazie twarzy, więc szybko zmieniłem go na szeroki uśmiech. Wadery weszły do pokoju, tak zafascynowane 'ploteczkami', że dopiero po chwili zauważyły gdzie i w jakim stanie się znajduję.
- No i właśnie tak jak mów... Uh?
- Heya, Ladys - zagrałem filmowo i podparłem pysk jedną łapą. Poczułem lekki ból, lecz na moim pysku pojawił się tylko jeszcze szerszy uśmiech. 
- Uh, um... obudziłeś się? - czarna wilczurka była najwyraźniej mniej odważna niż jej przyjaciółka. Przyjrzała się mojemu udawanemu uśmiechowi podejrzliwie. Już miałem w głowie z tysiąc tekstów, które prawdopodobnie teraz sobie o mnie myślała, gdy do rozmowy wtrąciła się jej jakże optymistyczna psiapsióła.
- Jestem Green day! Jak widać w końcu się obudziłeś! - podbiegła i zatrzymała się koło mnie. Jej równie wielki, jak szczery uśmiech mówił sam za siebie.
- Heh, Green'ie. Um, komu zawdzięczam tą przysługę? - wilczyca zrobiła wyraźnie obrażoną minę, kiedy usłyszała jak zdrabniam jej imię.
- Jaką przysługę? - do naszej rozmowy wtrąciła się jakże nieśmiała z początku czarnucha. Najraźniej sam mój sposób bycia był na tyle podejrzany, że każda z nich czekała tylko, aż druga powiem abym się wynosił.
- Um... no nie wiem... - przybrałem minę dziewczyny stojącej przed sklepem i patrzącej na cholernie drogie buty 'Mam je kupić czy nie? No nie wieeem...' - Za to że żyje? - prychnąłem, rzucając im spojrzenie mówiące, że była to rzecz oczywista.
- Dziękuj Green Day. Jest szamanką i dobrze cię opatrzyła - czarna wadera, wyglądająca jakby się trochę zbytnie wytatuowała na złoto wskazała łapą tę obok.
- Fiu, fiu? Szamanka? A jakiejś klątwy na mnie to nie zostawiła? - gwizdnąłem z uznaniem i złośliwie się uśmiechnąłem.
- Jak będziesz się tak dalej zachowywał to to zrobi - świetnie. To się dobrały. Pesymistka i optymistka. Mądrala i półgłówek. Doszedłem jednak do wniosku, że jeżeli chcę nadal zajmować miejsce na jakże miękkiej poduszce muszę zmusić się do odrobiny uprzejmości.
- Dziękuję wam bardzo za pomoc. Nie każdy potrafi zaopiekować się ranna osobą, która w środku nocy puka do jego drzwi - powiedziałem uroczyście i lekko skłoniłem głowę. Jak widać usatysfakcjonowało to czarnucha, ponieważ z jej pyska zniknął grymas, a zastąpił go lekki uśmiech.
- Cała moja Roxo! Nie jest obojętnie na czyjąś krzywdę! - zaśmiała się szamanka, poklepując drugą waderę po plecach.
- Hm? Roxo? - zaśmiałem się cicho.
- Od Roxolanne - odparła obojętnie wadera, chodzi zauważyłem, że jest lekko zakłopotana. Hah, cały ja i te moje skille.
- Ruka - uśmiechnąłem się. Co jak co, ale czułem, że cała zabawa dopiero się zaczyna.

<Roxolanne>

Od Huntera C.D Roxolanne (C.D chętny)


- W sumie nie planowałem nigdy dołączenia do stada, ale jeśli tak ładnie prosisz, to oczywiście, aż tak wielkim introwertykiem nie jestem. - Zaśmiałem się ponuro. Ja i moje poczucie humoru, jesteśmy zgraną parą.
- Aha. To świetnie! - Wadera zwróciła chyba tylko uwagę na 'oczywiście', a resztą zdania się nie przejęła, przynajmniej nie specjalnie. - Napiję się i idziemy obejrzeć chaty. Zapoznam Cię z Green Day!
- Mhym, oczywiście. - No dobra, może jestem trochę introwertykiem, a już na pewno na początku jestem nietowarzyski, wiem. Chyba po prostu ta Roxolanne zrobiła na mnie zbyt duże wrażenie. "Hunter, opanuj się! Takiemu basiorowi jak ty nie wypada oceniać po wyglądzie, masz być ostrożny!" - Zganiłem sam siebie w myślach. 
- Może też się napij, zanim wyruszymy w drogę. - Wilczyca schyliła się i zaczęła pić, a ja dołączyłem. Po chwili zaczęła iść, a ja za nią, bo chyba to miałem zrobić. Zaczął padać deszcz i mokre krople zaczęły na nas spadać.
- No nie, jeszcze mamy trochę drogi, nasze futro będzie przemoknięte jak sucha nitka! - Roxolanne była trochę zawiedziona, ale miałem na to sposób.
- Mogę rozłożyć skrzydła i Cię okryć, lub wywołać słońce. - Wadera zatrzymała się i wpatrywała się we mnie trochę zdziwiona.
- Mam rozumieć, że panujesz nad pogodą? - Spytała podejrzliwie.
- Tak, wilk panujący nad pogodą we własnej osobie.
- Może to drugie. - Jak na zawołanie ulewa ustała, a na niebo wyszło słońce i dalej szliśmy w dobrych warunkach atmosferycznych, nie licząc powiewów wiatru. Jak na porę roku, jaką była zima, było ciepło i śnieg szybko stopniał. No ale co mi to przeszkadzało - w końcu mam na to wpływ. 
- Co powiesz na tą? - Wyrwałem się z moich zamyśleń i wadera pokazała mi szałas zrobiony z patyków, ale nie przypadł mi do gustu, oczekiwałem czegoś lepszego i trwalszego. Tym razem odeszliśmy trochę dalej. Przed moimi niebieskimi oczami ukazała się chata, w dodatku nie taka zła. Chata, czy szałas, wszystko jedno, była ok.


- Może być, wystarczy jak dla mnie. - Nie czekając na pozwolenie Roxolanne wszedłem do środka. W środku leżało posłanie zrobione z paru, dużych liści, czarnego, grubego koca. Nad tym postawiona została drewniana półka, która miała zapewne służyć na postawienie zdjęcia, obrazka, czy czegokolwiek. Leżała tam jedna księga, której lekturę postanowiłem odłożyć na wieczór. 
- Nie jest tu jakoś specjalnie dużo mebli, ale na te tereny dopiero wkroczyliśmy. Z czasem się rozwinie.
- Wiem, to jest oczywiste. Nic na początku nie jest najlepsze, co jest moją opinią.
- No to zostawiam Cię samego, muszę znaleźć Greenie! - Wtem czarny, pokryty złotymi runami wilk wyskoczył i pobiegł w stronę lasu. Musiałem zostać tu sam, lecz oczywiście nie chciałem marnować dnia na lekturę książki. "Przejdę się, co mi szkodzi." - Pomyślałem. Otworzyłem drzwi i wyszedłem na zewnątrz zażywając świeżego powietrza. Postanowiłem przejść, a raczej przelecieć się do Gór Szarych. Może nawet kogoś tam spotkam. Gdy byłem na wystarczającej wysokości przede mną stanęła mgła i wyłonił się wilk.

<Wilku? Wadera/basior, obojętnie.>

środa, 27 stycznia 2016

Od Roxolanne C.D. Hunter

- Cześć. - odparła podejrzliwie. - Roxolanne. - dodała po chwili nie wyczuwając większego zagrożenia.
- Mieszkasz gdzieś tutaj?- zapytał podtrzymując rozmowę. Gdyby tego nie zrobił, wadera najpewniej by odeszła. Nie lubiła rozmawiać.
- Tak. Nie wiem. Może słyszałeś.. Overhill.
- A tak. Obiło mi się o uszy.
- a Ty? - mruknęła obojętnie.
- Tułam się po świecie. - odrzekł biorąc pierwszy łyk wody.
- Nie masz domu..? - uniosła jedną brew.
- Nie złożyło się. - zaśmiał się patrząc w wodę.
- Wiesz.. Może chciałbyś zostać na jakiś czas? - zapytała niepewnie. - W Overhill nie ma nikogo. Jestem tylko ja, moja przyjaciółka i smok.
- Smok wszystkich zeżarł?
- Co?  Nie! - uśmiechnęła się. - Chyba.. W każdym razie mieszkamy tu jakieś kilka dni. Jest ta pełno domów.Weźmiesz jeden i tyle. Hej!.. - w głowie Roxo narodziła się myśl.
- Co?
- A gdyby tak założyć tu watahę? To nie taki głupi pomysł.. Ty byłbyś jednym z pierwszych członków. Co Ty na to?

<Hunter?xd>

Ruka

Powitajmy Rukę, kolejnego basiora


Imię: Ruka

Naziwsko: Raveneliss
Przezwisko: Ruru, Rookie
Płeć: Basior ♂
Wiek: Nie starzeje się
Hierarchia: Szpieg
Cechy charakteru: 
' Lubisz kwiatki? Powiem tobie, że posadzę ci na grobie ' 
' Kto przegrany, ten zostanie zapomniany '
Ruka. Charakteryzuje się postawą typowego nastolatka. Gustuje w słuchaniu głośnej muzyki, robieniu wszystkiego na przekór i uprzykrzaniu życia innych. W niektórych sytuacjach można go wręcz określić jako zbyt dziecinnego. Uwielbia się droczyć z innymi i bawić się w swoje własne gierki. U niego pierwsze miejsce zajmują umarli. Nie przeszkadzają, nie wchodzą w drogę, można nimi łatwo manipulować. Uszczypliwy i zadziorny, uwielbiający łapać innych za słowa. Nie lubi własnych błędów i porażek. Udaje, że lekceważy porady innych, choć bierze z nich nauczkę. Zachowuje się szarmancko i nonszalancko w stosunku zarówno do dam jak i do panów. Nie posiada wstydu, nie okazuje niepewności. Żadko kiedy się zastanawia więcej niż potrzeba, choć jego wnętrze często dręczą różne myśli. Wieczne uśmiechnięty, lub raczej 'wyszczerzony', a jego oczy wyschnięte od braku łez. Nie powstrzyma się od żadnej, nawet wstydliwej czynności. Nie czuje różnicy między umarłymi a żywymi, a według niego śmierć jest najcudowniejszym momentem życia. Jego ulubionymi zajęciami są między innymi zabijanie, walka, polowanie, podsłuchiwanie (ma bardzo dobry słuch), czy różne inne pełne adrenaliny przygody. Zachowuje się również bardzo emocjonalnie. Potrafi być wybuchowy, nie kontroluje swoich emocji, oraz kapryśny jak dziecko. W skrócie ma swoje humorki. Nie przepada się ciepłem, lubi mgłę, zimno i śnieg, czyli najlepszą pogodę pod 'chmurką'. Kolejną rzeczą, której z całego serca nie nienawidzi są szczeniaki.
Rodzina:
Ojciec - Acoose
Partner: ...
Historia:  
'Biegłem, biegnę, będę biec. Aż do utraty tchu'
Mam na imię Ruka. Ruka Raveneliss. Moja rodzina nie jest jednak znana, więc nic tu po moim nazwisku. Nie próbuję go rozgłaszać, wręcz ukrywam je. Czemu, zapytacie? Nie pochodzę z jakiegoś rodu po 'złej stronie mocy'. Jestem zwykłym plebejuszem, członkiem większego społeczeństwa, jak moi rodzice. Gdy byłem mały mieliśmy dom i jedzenie, chociaż nie przelewało się nam. Czemu więc to tak się skończyło? Czemu tak skończyłem?
Biegłem już od wielu godzin, biegnę teraz pośród lasu, nie widzę końca, nie wiem kiedy przestanę biec. Mój koniec jednak zbliża się. Czuję, jak każdy oddech wymaga więcej wysiłku. Każdy ruch mięśni przyprawia mnie o potworny ból. Moje ciało przepełnia ciepło, moja skóra gotuje się od krwi. Biegnę, panicznym biegiem, przed siebie. Nie wiem gdzie. Nie wiem dokąd, nie wiem po co. Za moimi plecami słyszę krzyki moich prześladowców. Jestem niczym zraniony jeleń. Gonią mnie, wiedząc, że kiedyś w końcu się zmęczę i padnę. Jak się znalazłem w takiej sytuacji? No cóż. Wszystko zaczęło się kilka lat temu, gdy skończyłem szkołę. Z braku zajęcia zacząłem podsłuchiwać innych. Kiedy ujrzał mnie jeden ze szlachciców, zainteresował się mną. Zaoferował mi ofertę pracy dla niego. Widząc wysoką płacę zgodziłem się, chcąc polepszyć los mojej rodziny. Na początku praca ograniczała się jedynie do szpiegowania zwykłych obywateli. Często ubolewałem, gdy widziałem, jak skutki moich działań rujnują ich życie. Z czasem stałem się jednak na to obojętny. Kiedy mój pracodawca zauważył moje dokonania zaczął powierzać mi coraz trudniejsze zadania. Zacząłem potrzebować pomocy innych wilków do ich wykonania. Zostałem dowódcą małego oddziału, działającego w konspiracji. Nie mam pojęcia jak do tego doszło. Nie minęło wiele lat, aż przewyższyłem mojego pracodawcę. Pod moim dowództwem stały tysiące służb. Moje działania, oczywiście były przeciwne prawu, ja jednak doskonale się ukrywałem. Wykonywałem coraz trudniejsze zlecenia. Z czasem zacząłem przyjmować coraz więcej tych, dotyczących morderstw. Oczywiście, nie obchodził mnie ich los, to była moja praca. Z czasem doszło to tego, że wystarczył tylko jeden mój gest, który decydował o życiu, lub śmierci innych. Stałem się legendą, którą matki straszyły niegrzeczne szczenięta, same kuląc siew obawie przedemną. Król również, zły na swoją bezradność podwyższał stawki za głowę 'Sędzi', przezwiska nadanego mi przez lud, mimo, że nawet nie znał mojego wyglądu. Wszystko skończyłoby się dobrze, gdyby nie ta noc... 
- Tam ucieka! - lodowaty odgłos rozległ się w mojej głowie. Krzyk jednego z wilków. Powoli przestawałem słyszeć jakiekolwiek odgłosy z otoczenia, czułem jak krew uderza mi do głowy. Potknąłem się o leżący na ziemi kamień i upadłem, zataczając się. Niezdarnie i panicznie podniosłem się. W jednej chwili zrobiło mi się niedobrze. Pochyliłem łeb i głośno kaszląc, zwymiotowałem krwią. Otarłem pysk jedyną zdrową łapą i pognałem przed siebie, próbując ignorować palący ból w mięśniach i gorzki smak krwi. Nagle moim oczom ukazał się drobne światło pomiędzy drzewami. Czyżbym... umierał? Albo, to...
Głośno dysząc wybiegłem na rozległą polanę. Na jej końcu mieścił się nieduży, drewniany domek. W oknach paliło się światło, więc pewnie ktoś musiał tam mieszkać. Niezdarnie wbiegłem po schodach, wpadłem na ganek i resztkami sił uderzyłem w drzwi. Słyszałem zanikające głosy. Nie oddalały się jednak. Wręcz przeciwnie, 'oni' byli coraz bliżej, to ja traciłem swoją świadomość. Czułem się źle, leżąc ranny i brudny od krwi, przed czyimiś drzwiami. Zawsze byłem... brudny? Czy... to musiało się tak skończyć? 
Nagle usłyszałem skrzypnięcie, a moje futro zalała fala światła. Uniosłem wzrok, aby ujrzeć rozmazujący się obraz czarno-złotego wilka. Nie wiedziałem czy był przerażony. Po chwili jednak poczułem jak delikatnie wciąga mnie do środka. Zewsząd otuliło mnie przyjemne ciepło i bezpieczne światło. Ostatnia myśl, która przyszłą mi do głowy nie zaskoczyła mnie ani trochę.

' Chciałbym tu zostać. Na zawsze'


Nadzwyczajne umiejętności:
•  Nekromancja - magia często mylona z przyzywanie duchów, czy demonów. Jej nazwa wywodzi się z greki - νεκρός nekrós – martwy oraz μαντεία – wróżyć. Nekromancja jest magią polegającą głownie na mocy 'ożywiania zmarłych'. Na początku ograniczała się jedynie do rytuałów. Odprawiające je konie były często mylone z postaciami po 'złej stronie mocy', co prawdą nie było. Z czasem magia zewnętrzna (rytuały) przemieniła się w magię przechowywaną w ciele. Umożliwiało to szybki i bezpośredni dostęp do mocy. Nekromancja jest jednak mocą wzbudzającą niepokój duszy. W końcu tylko bogowie mogli decydować o życiu i śmierci. Tak więc magia ta została zapieczętowana przed końmi. Nie jest możliwe jednak jej całkowite wyeliminowanie, więc czasem rodzą się konie z taką mocą. Wysoce rozwinięte gałęzie Nekromancji sięgają nie tylko ożywiania zmarłych, ale również tworzenia demonicznych broni, odbierania i dawania dusz, ulepszeń wojennych. Tak więc można określić ją również mianem magi wojennej, czy magi Tanków (konie walczące w pierwszym szeregu, ich zadaniem jest zadać jak największe obrażenia przeciwnikowi). Nekromancja zabezpiecza tez cialo osoby jej używającej przed rozkładem, czy obumieraniem, więc jest ona praktycznie nieśmiertelna (pod wpływem działań czasu). Natomiast przy zadaniu śmiertelnej rany samemu ciału nekromanta może umieścić swoją duszę w innym ciele i czekać na uleczenie podstawowego, lub żyć w nowym.
• Occultism - moc wywodząca się z Occult. Jest to termin używany przez średniowiecznych badaczy w celu określenia wszystkiego co jest dla nas niezbadane, np. magi czy legend. Magia ta opiera się na tzw. sile duchowej. Nie kojarzcie tego jednak z medytacją. Można ją bardziej nazwać magią efektów specjalnych np. przemian, czarów, klątw, uroków.
• Siła Sugestii - jak sama nazwa wskazuje polega na nadawaniu przedmiotom żywym, lub martwym własnej woli. Jej posiadacz może dowolnie poruszać obiektami (nawet jeśli jest to sprzeczne z prawami fizyki), o ile ma na tyle silną wolę, by nad nimi zapanować. Siła Sugestii posiada III etapy. 
Etap I - kontrola ciała
Etap II - kontrola słów
Etap III - kontrola czynności
• Mentalizm - umiejętność pozwalająca odczytać mimikę twarzy innych. Mentalista potrafi stwierdzić, dana osoba kłamie, czy mówi prawdę. Określa emocje, czy uczucia innych na podstawie jednego spojrzenia. Potrafi też oceniać i zdobywać informacje na temat danej osoby poprzez oglądanie środowiska, w którym przebywa, czy jej ogólnego wyglądu, zachowania. Menatliśmy posiadają też zwinne oko, potrafią dostrzec wiele niezauważalnych i z pozoru nieważnych szczegółów, które mogą się przydać, dlatego są niesamowicie dobrymi detektywami.
Pochwały: 0/0
Właściciel: Ruka

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Od Hunter'a do Roxolanne

Obudziłem się.. w krzakach. Taak, wczoraj wieczorem padłem ze zmęczenia po mojej codziennej tułaczce przez Telrian. Cudownie, prawda? Jednak moje uczucie pragnienia zmusiło mnie do wstania. Pierwsze, co przyszło mi na myśl, to było to wyruszenie nad Ice Lake. "Przyjemnie tam i cicho." - Szukałem argumentów, czemu akurat tam miałbym wyruszyć. W sumie nie mam nic do roboty, a mój dzień wygląda dzień w dzień tak samo - można mnie porównać do włóczęgi. Przeciągnąłem się i rozłożyłem skrzydła. Pora, by zacząć pełen tułaczki dzień. W niektórych miejscach leżał po części roztopiony śnieg, lecz nie stanął mi na drodze - w końcu ja tam POLECĘ, nie PÓJDĘ. Wzbiłem się w powietrze trzepocząc moimi czarnymi jak noc skrzydłami. Rozejrzałem się. "O tak, to w tamtą stronę!" - Od razu wypatrzyłem mały, niebieski owal, leżący na północy. Kierowałem się w tą stronę. Wiatr mi nie sprzyjał, więc od razu zapanowałem nad sytuacją i zmieniłem jego kierunek. Wystarczyło o tym pomyśleć, i już miało się pogodę na zawołanie. Jednak wilki panujące nad pogodą nie mogą zbyt często wykorzystywać swoich umiejętności - jak zajdzie prawdziwa potrzeba, może zabraknąć nam sił. Przygotowałem się do lądowania. "Nie jestem tu sam." - Przy brzegu piła czarna wadera pokryta złotymi runami. Zbliżyłem się i zagadałem.
- Cześć, jestem Hunter. - Podszedłem bliżej.

<Roxolanne? ^^ >


Pierwszy członek!

Powitajmy pierwszego basiora w naszej watasze - Huntera.




Imię: Hunter
Płeć:
Wiek: 3 lata
Hierarchia: Doradca przywódcy
Cechy charakteru: Hunter ma zdolności przywódcze, zwłaszcza wojenne. Przemyśli każdy ruch i nie pożałuje nigdy tego, co zrobił. Inteligentny basior, który wie, co robi. Z reguły nietowarzyski i nieufny, lecz po bliższym poznaniu może być na prawdę miły, o ile mu nie podpadniesz (!). "Jestem połączeniem Waligóry i Wyrwidęba. *śmiech*" - Hunter. Na słowa trzeba z nim ostrożnie, bo niektóre określenia weźmie sobie do serca. Może sprawiać wrażenie samotnika, lecz tak naprawdę umie być i przyjazny, jak i romantyczny. Jednak musi na początku poznać swoją 'wybrankę', a nie wie kiedy to tak naprawdę nastąpi. Jednak nikt nie jest idealny - Hunter ma w sobie cień surowości. Prowadzi ostrą dyscyplinę, a tym bardziej w stosunku do siebie. Niestety nie potrafi nie ulec urokom osobistym wader. Tak to jest z tymi kochliwymi basiorami. Lecz ma mimo wszystko wolną wolę. Uwielbia ciszę i spokój, a gdy jest w głębokim stanie skupienia, lepiej mu nie przeszkadzać! Dobrze umięśniony jest, z podnoszeniem ciężkich przedmiotów nie ma problemu. Potrafi być zwinny i poruszać się bezszelestnie. Często używa sarkazmu.
Rodzina: 
Ojciec: Orlando [*]?
Matka: Isuma [*]?
Partner: Szuka 
Historia: Hunter urodził się w watasze.. jeśli można było to tak nazwać. 'Wataha' składała się z jego matki, trzech innych wader i jednego basiora, który był jego ojcem. Podczas polowania zaginął, a jego matka Isuma - załamała się. Wychowała Huntera najlepiej jak mogła. Pewnej nocy po prostu wyruszyła, uprzedzając Huntera, jego rocznego syna o tym, że musi odnaleźć ojca i to zrobi. Później zaczną szukać jego. Od tamtej pory Hunter jej nie widział, nie wspominając o ojcu. Włóczy się po Telrianie, aż do spotkania z Roxolanne.
Nadzwyczajne umiejętności: 
~ Latanie - Hunter posiada skrzydła, co oznacza, że oczywiście umie się nimi posługiwać.
~ Panuje nad pogodą - Umie wywołać wiatr, deszcz, słońce i inne rzeczy z tym związane.
~ Rozumie język każdej istoty (również roślin) - Umie się porozumieć z każdą istotą, zna KAŻDY język.
Pochwały/Upomnienia: 0/0
Właściciel: Kirla

niedziela, 24 stycznia 2016

Otwarta!

Wataha

 Heaven Overhill 

zostaje oficjalnie otwarta!
Zapraszamy!

Prolog

Przez okno mojej nowej chatki rozlegał się widok na piękne góry. Widziałam je mnóstwo razy, a jednak teraz, z tego miejsca, wyglądały zupełnie inaczej. Przeniosłam wzrok na kolorową pozytywkę. Czarną, puchatą łapą przekręciłam kluczyk uwalniając ze środka słodką melodię. Uśmiechnęłam się blado i rozejrzałam po wnętrzu domku.
 To już tydzień. Tydzień temu odeszłam z mojego stada zostawiając je pod opieką nowej przywódczyni - Snow Flame. Tydzień temu ostatni raz widziałam  przyjaciela  - Reamon'a. Ciekawe co u niego. Trzy dni temu pożegnałam się z moim prawdziwym ciałem konia na zawsze. Już 72 godziny jestem cały czas wilkiem. Wszystko dzięki Margaux - szamance wariatce, która nie mogła zdjąć ze mnie klątwy przez którą co noc stawałam się białym wilkiem, ale za to sprawiła, że jestem ciągle tą samą postacią; czarnym wilkiem ze złotymi runami rozprowadzonymi po ciele.
Czy tęskniłam za stadem? Bardzo. Jednak czułam, że tak będzie lepiej.

Z zadumy wyrwało mnie pukanie do drzwi.
- Wejdź,Greenie! - krzyknęłam wesoło odkładając pozytywkę.
Biała wadera z kolorowymi malunkami wokół oczu otworzyła drzwi i jak huragan wtargnęła do środka.
Poznałyśmy się kilka dni temu, ale już czuję, jakbyśmy znały się od dziecka. To dzięki niej i mojemu smokowi - Kukulkanowi nie jestem teraz aż tak bardzo samotna.

W świetle wschodzącego słońca wybiegłyśmy na dwór. Gdzie jestem? Mieszkamy teraz w takiej małej, opuszczonej osadce w głębi gór. Tylko ona, smok i ja.
 Overhill to miejsce, gdzie chcę teraz być. Wiem, że to się nie zmieni. Kocham nowe życie. Kto wie co przyniesie kolejny dzień? Może znów zostanę przywódczynią ale tym razem w i l k ó w?

~~25 styczeń. Nowa Roxolanne. Czarna wilczyca. 


Obserwatorzy

Szablon wykonany przez Jill