- Libro - wymówiłem cicho, mocno akcentując pojedyncze litery. Stojąca na półce gruba księga w granatowej obwolucie zachybotała się, a następnie spadła z półki. Uśmiechnąłem się, widząc, że z moją mocą również wszystko w porządku. Wróciłem z powrotem do miejsca gdzie leżałem i zciągnąłem z sofy dużą poduszkę. Upuściłem ją przy kominku i ugniotłem łapą. Delikatnie się na niej ułożyłem, uważając na rany i jednocześnie próbując się na niem zmieścić cała powierzchnią ciała. Gdy było mi już wygodnie i ciepło wyciągnąłem łapę i otworzyłem książkę. 'Legendy Boskie', bo tak książka się nazywała, nie były pierwszej nowości. Pożółkłe kartki wyglądały jakby miały się za chwile rozsypać. Świetnie, a ja tym rzucałem. Skrzywiłem się z przekąsem. Czemu zachowuje się jakbym był u siebie? Phi, u siebie? Ja mieszkam w sali tortur, kanale lub jakiejś zatęchłej dziurze. W zależności od sytuacji i warunków. W lato jestem ciągle 'w delegacji' więc śpię wszędzie, gdzie mam pewność, że nikt mnie nie napadnie podczas snu. W zimę za to, kiedy robi się chłodniej na noc wracam do sali tortur, znajdującej się w siedzibie mojego pracodawcy. Mam tam ładną trumnę, wyłożoną czerwonym tiulem i aksamitem, oraz miękkie poduszki. Jak wampir, he he. Tyle, że ja budzę się rano i kładę w nocy. Ale trumna to naprawę ekonomiczne rozwiązanie! Można ją wstawić pod stół, a w czasie egzekucji można ją zamknąć i mieć pewność, że do środka nie nachlapie się krew. Albo raczej, miałem trumnę. Wątpię, żebym teraz tam wrócił. Albo w najbliższym czasie. Po 1. w tamtych warunkach chodzenia z otwartymi ranami jest jak proszenie się o jakąś bakterię, 2. w takim stanie raczej nie byłym w stanie się ukrywać, 3. dawno nie miałem takiej sielanki jak teraz. Uśmiechnąłem się i rozciągnąłem, głośno ziewając. Nagle usłyszałem skrzypnięcie drzwi. Szybko obejrzałem się. Moim oczom ukazały się dwie postacie. Jedna czarno-złota, a druga biało-niebiesko-różowa. Obydwie był zajęte rozmową, a sądząc po rysach ich pysków i tonie głosu był samicami w wieku ok. 3-4 lat. Przyłapałem się na zaskoczonym wyrazie twarzy, więc szybko zmieniłem go na szeroki uśmiech. Wadery weszły do pokoju, tak zafascynowane 'ploteczkami', że dopiero po chwili zauważyły gdzie i w jakim stanie się znajduję.
- No i właśnie tak jak mów... Uh?
- Heya, Ladys - zagrałem filmowo i podparłem pysk jedną łapą. Poczułem lekki ból, lecz na moim pysku pojawił się tylko jeszcze szerszy uśmiech.
- Uh, um... obudziłeś się? - czarna wilczurka była najwyraźniej mniej odważna niż jej przyjaciółka. Przyjrzała się mojemu udawanemu uśmiechowi podejrzliwie. Już miałem w głowie z tysiąc tekstów, które prawdopodobnie teraz sobie o mnie myślała, gdy do rozmowy wtrąciła się jej jakże optymistyczna psiapsióła.
- Jestem Green day! Jak widać w końcu się obudziłeś! - podbiegła i zatrzymała się koło mnie. Jej równie wielki, jak szczery uśmiech mówił sam za siebie.
- Heh, Green'ie. Um, komu zawdzięczam tą przysługę? - wilczyca zrobiła wyraźnie obrażoną minę, kiedy usłyszała jak zdrabniam jej imię.
- Jaką przysługę? - do naszej rozmowy wtrąciła się jakże nieśmiała z początku czarnucha. Najraźniej sam mój sposób bycia był na tyle podejrzany, że każda z nich czekała tylko, aż druga powiem abym się wynosił.
- Um... no nie wiem... - przybrałem minę dziewczyny stojącej przed sklepem i patrzącej na cholernie drogie buty 'Mam je kupić czy nie? No nie wieeem...' - Za to że żyje? - prychnąłem, rzucając im spojrzenie mówiące, że była to rzecz oczywista.
- Dziękuj Green Day. Jest szamanką i dobrze cię opatrzyła - czarna wadera, wyglądająca jakby się trochę zbytnie wytatuowała na złoto wskazała łapą tę obok.
- Fiu, fiu? Szamanka? A jakiejś klątwy na mnie to nie zostawiła? - gwizdnąłem z uznaniem i złośliwie się uśmiechnąłem.
- Jak będziesz się tak dalej zachowywał to to zrobi - świetnie. To się dobrały. Pesymistka i optymistka. Mądrala i półgłówek. Doszedłem jednak do wniosku, że jeżeli chcę nadal zajmować miejsce na jakże miękkiej poduszce muszę zmusić się do odrobiny uprzejmości.
- Dziękuję wam bardzo za pomoc. Nie każdy potrafi zaopiekować się ranna osobą, która w środku nocy puka do jego drzwi - powiedziałem uroczyście i lekko skłoniłem głowę. Jak widać usatysfakcjonowało to czarnucha, ponieważ z jej pyska zniknął grymas, a zastąpił go lekki uśmiech.
- Cała moja Roxo! Nie jest obojętnie na czyjąś krzywdę! - zaśmiała się szamanka, poklepując drugą waderę po plecach.
- Hm? Roxo? - zaśmiałem się cicho.
- Od Roxolanne - odparła obojętnie wadera, chodzi zauważyłem, że jest lekko zakłopotana. Hah, cały ja i te moje skille.
- Ruka - uśmiechnąłem się. Co jak co, ale czułem, że cała zabawa dopiero się zaczyna.
<Roxolanne>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz