Alternatywny tekst

piątek, 29 stycznia 2016

Od Ruki C.D. Roxolanne

Nagle poczułem jak coś łaskocze mnie w policzek. Z cichym westchnieniem wyciągnąłem łapy. Poczułem, jak moje poduszki dotykają czegoś miękkiego i puszystego. Powoli otworzyłem oczy, jednak jasne światło oślepiło mnie i zmusiło do ich zmrużenia. Kilka razy przekręciłem głowę, aż moje długie włosy zakryły mój pysk. Gdy przyzwyczaiłem się do kolorów, rozejrzałem się. Ciągle byłem lekko zaspany, więc z początku nie rozumiałem o co chodzi. Leżałem na bordowej, miękkiej kanapie. Naprzeciwko mnie stał kominek, w którym z przyjemnym trzaskiem paliło się świeże drewno. Odetchnąłem głęboko, wdychając zapach sosnowego lasu, jakże inny od smrodu miast i 'tajemnych' przejść, gdzie spędzałem większość czasu. Inny od kwaśnego i dobrze mi znanego zapachu krwi. Nad ceglanym kominkiem ustawione były różne figurki. Przyjrzałem się im z bliska. Słoń, lalka, koń, pozytywka, mini-karuzela. Uśmiechnąłem się. Jedną z moich cech, których nabyłem przy kradzieży była wycena przedmiotów. Ciekawe, czy ten ktoś, kto tu mieszkał zadawał sobie sprawę, że zdobienia na tych misternie wykonanych figurkach mogą być ze złota, a farba użyta do ich pomalowania może być jedną z najrzadszych na rynku? Czy zawał sobie sprawę, że mogą być warte więcej niż cały ten dom? No właśnie, dom. Kontynuowałem przegląd pokoju. Ściany i sufit były wyłożone deskami, tak dobrze pokrytymi lakierem, że każdy normalny wilk powiedziałby, że wyglądają jak nowe, chociaż nadgryzł je już spory ząb czasu. Pod ścianami stały mahoniowe meble. One też nie były pierwszej jakości, ale nie tak stare jak zapełniające je księgi. Ich okładki był w słabym stanie, przez co został obłożone w kolorowe, skórzane obwoluty. Ich kolory nie były w regularnej kolejności, a nowe księgi stały koło starych, domyśliłem się więc, że pewnie nie są ułożone ani rocznikiem wydania, ani kolorem. Zresztą kto by tak układał książki? Albo dziecko, albo ktoś, kto chciał przekazać jakąś sekretną wiadomość. Na każdej półce prawdopodobnie mieściły się książki o danym temacie, poustawiane w kolejności alfabetycznej. Myśląc o tym przypomniało mi się, jak kiedyś musiałem ukraść jedną książkę ze znanej prywatnej biblioteki w jednym z dworów. Wieki zajęło mi penetrowanie tego ogromniastego pomieszczenia, zanim doszedłem do jakże zawiłego kodu w jakim są ułożone książki. Mianowicie w kodzie: wszystko powsadzane gdziekolwiek, byle by stało na półce. Podniosłem się delikatnie z kanapy. Postawiłem łapy na puszystym i już lekko wygniecionym brązowym dywanie. Podszedłem delikatnie do regału, uważają by nie urazić gojących się ran. Wiedziałem, że wyciągnięcie łapy spowodowałoby otwarcie się rany, więc sięgnąłem w głąb mojej głowy. Przeszukałem ją kilka razy, by upewnić się, że z moją pamięcią wszystko w porządku. Gdy w końcu znalazłem odpowiednie słowo utkwiłem wzrok w jednej z książek.
- Libro - wymówiłem cicho, mocno akcentując pojedyncze litery. Stojąca na półce gruba księga w granatowej obwolucie zachybotała się, a następnie spadła z półki. Uśmiechnąłem się, widząc, że z moją mocą również wszystko w porządku. Wróciłem z powrotem do miejsca gdzie leżałem i zciągnąłem z sofy dużą poduszkę. Upuściłem ją przy kominku i ugniotłem łapą. Delikatnie się na niej ułożyłem, uważając na rany i jednocześnie próbując się na niem zmieścić cała powierzchnią ciała. Gdy było mi już wygodnie i ciepło wyciągnąłem łapę i otworzyłem książkę. 'Legendy Boskie', bo tak książka się nazywała, nie były pierwszej nowości. Pożółkłe kartki wyglądały jakby miały się za chwile rozsypać. Świetnie, a ja tym rzucałem. Skrzywiłem się z przekąsem. Czemu zachowuje się jakbym był u siebie? Phi, u siebie? Ja mieszkam w sali tortur, kanale lub jakiejś zatęchłej dziurze. W zależności od sytuacji i warunków. W lato jestem ciągle 'w delegacji' więc śpię wszędzie, gdzie mam pewność, że nikt mnie nie napadnie podczas snu. W zimę za to, kiedy robi się chłodniej na noc wracam do sali tortur, znajdującej się w siedzibie mojego pracodawcy. Mam tam ładną trumnę, wyłożoną czerwonym tiulem i aksamitem, oraz miękkie poduszki. Jak wampir, he he. Tyle, że ja budzę się rano i kładę w nocy. Ale trumna to naprawę ekonomiczne rozwiązanie! Można ją wstawić pod stół, a w czasie egzekucji można ją zamknąć i mieć pewność, że do środka nie nachlapie się krew. Albo raczej, miałem trumnę. Wątpię, żebym teraz tam wrócił. Albo w najbliższym czasie. Po 1. w tamtych warunkach chodzenia z otwartymi ranami jest jak proszenie się o jakąś bakterię, 2. w takim stanie raczej nie byłym w stanie się ukrywać, 3. dawno nie miałem takiej sielanki jak teraz. Uśmiechnąłem się i rozciągnąłem, głośno ziewając. Nagle usłyszałem skrzypnięcie drzwi. Szybko obejrzałem się. Moim oczom ukazały się dwie postacie. Jedna czarno-złota, a druga biało-niebiesko-różowa. Obydwie był zajęte rozmową, a sądząc po rysach ich pysków i tonie głosu był samicami w wieku ok. 3-4 lat. Przyłapałem się na zaskoczonym wyrazie twarzy, więc szybko zmieniłem go na szeroki uśmiech. Wadery weszły do pokoju, tak zafascynowane 'ploteczkami', że dopiero po chwili zauważyły gdzie i w jakim stanie się znajduję.
- No i właśnie tak jak mów... Uh?
- Heya, Ladys - zagrałem filmowo i podparłem pysk jedną łapą. Poczułem lekki ból, lecz na moim pysku pojawił się tylko jeszcze szerszy uśmiech. 
- Uh, um... obudziłeś się? - czarna wilczurka była najwyraźniej mniej odważna niż jej przyjaciółka. Przyjrzała się mojemu udawanemu uśmiechowi podejrzliwie. Już miałem w głowie z tysiąc tekstów, które prawdopodobnie teraz sobie o mnie myślała, gdy do rozmowy wtrąciła się jej jakże optymistyczna psiapsióła.
- Jestem Green day! Jak widać w końcu się obudziłeś! - podbiegła i zatrzymała się koło mnie. Jej równie wielki, jak szczery uśmiech mówił sam za siebie.
- Heh, Green'ie. Um, komu zawdzięczam tą przysługę? - wilczyca zrobiła wyraźnie obrażoną minę, kiedy usłyszała jak zdrabniam jej imię.
- Jaką przysługę? - do naszej rozmowy wtrąciła się jakże nieśmiała z początku czarnucha. Najraźniej sam mój sposób bycia był na tyle podejrzany, że każda z nich czekała tylko, aż druga powiem abym się wynosił.
- Um... no nie wiem... - przybrałem minę dziewczyny stojącej przed sklepem i patrzącej na cholernie drogie buty 'Mam je kupić czy nie? No nie wieeem...' - Za to że żyje? - prychnąłem, rzucając im spojrzenie mówiące, że była to rzecz oczywista.
- Dziękuj Green Day. Jest szamanką i dobrze cię opatrzyła - czarna wadera, wyglądająca jakby się trochę zbytnie wytatuowała na złoto wskazała łapą tę obok.
- Fiu, fiu? Szamanka? A jakiejś klątwy na mnie to nie zostawiła? - gwizdnąłem z uznaniem i złośliwie się uśmiechnąłem.
- Jak będziesz się tak dalej zachowywał to to zrobi - świetnie. To się dobrały. Pesymistka i optymistka. Mądrala i półgłówek. Doszedłem jednak do wniosku, że jeżeli chcę nadal zajmować miejsce na jakże miękkiej poduszce muszę zmusić się do odrobiny uprzejmości.
- Dziękuję wam bardzo za pomoc. Nie każdy potrafi zaopiekować się ranna osobą, która w środku nocy puka do jego drzwi - powiedziałem uroczyście i lekko skłoniłem głowę. Jak widać usatysfakcjonowało to czarnucha, ponieważ z jej pyska zniknął grymas, a zastąpił go lekki uśmiech.
- Cała moja Roxo! Nie jest obojętnie na czyjąś krzywdę! - zaśmiała się szamanka, poklepując drugą waderę po plecach.
- Hm? Roxo? - zaśmiałem się cicho.
- Od Roxolanne - odparła obojętnie wadera, chodzi zauważyłem, że jest lekko zakłopotana. Hah, cały ja i te moje skille.
- Ruka - uśmiechnąłem się. Co jak co, ale czułem, że cała zabawa dopiero się zaczyna.

<Roxolanne>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwatorzy

Szablon wykonany przez Jill