Alternatywny tekst

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Od Reamonn’a C.D. Roxolanne


I tak podróżując lasem jakimś tam, szliśmy we trójkę, żartując i docinając sobie nawzajem. To w jaki sposób klacz szybko mi zaufała, oraz o dziw zapominała o wcześniejszych incydentach, było tak samo zdumiewające jak fakt, że sam czułem się wyśmienicie w ich towarzystwie. Dodatkowo nie wiedziałem jakim cudem, po tym jedynym incydencie Roxolanne, potomka bogów może nagle zacząć cisnąć w nich wszystkim co się da. Ja oczywiście zawsze musiałem coś szczerego dodać jako komentarz, po czym ten wielki smok wyglądał jakby zaraz miał mi coś zrobić.
- Właściwie takie bydle to chyba tylko po to się trzyma. - odparłem na pytanie Roxolanne, związane z zabijaniem.
- Przestań ju-. - parsknęła w moją stronę klacz. Jak się okazało, był to o jeden tekst za dużo, bo czarny smok rzucił się prosto na mnie.
- Waaaa! - krzyknąłem, przewracając się i patrząc we wszystkie trzy rozdziawione paszcze, lecące w moją stronę. Przez głowę przeleciało mi jedynie, że Roxolanne powinna kupić mu jakiś odświeżacz oddechu, gdy nagle coś wielkiego śmignęło przed moim nosem. A konkretnie to coś wielkiego, biało-czarnego, którego celem był czarny, trzygłowy smok. Siła uderzenia musiała być na tyle silna, że nowe zwierze powaliło smoka na ziemię.
- Zereph! - krzyknęła Roxolanne. Zdziwiony, gdyż ewidentnie znałem to imię podniosłem się. Scena którą ujrzałem była dosyć ciekawa. Na ziemi leżał Kukulkan, z lekko skulonymi wszystkimi trzema łbami, a na jego brzuchu stał średniej wielkości (mniej więcej ½ Kukulkana) biały smok w czarne paski. Był chudy i miał długie, cienkie nogi, lecz zakończone były one ostrymi, szarymi pazurami. Podobnego rodzaju kolce miał również na grzbiecie, o długości około 40 cm, oprócz jednego miejsca na grzbiecie, pomiędzy skrzydłami. Skrzydła miał od wierzchniej strony opierzone, a spod piór wystawała czarno-czerwona błona. Na głowie miał czarną łatę, przypominającą trochę maskę. Cały wygląd dosyć dobitnie mówił, że lepiej z nim nie zadzierać, co potwierdzało głośne warczenie i wylatujący z jego pyska czarny dym.
Gdy tylko Kukulkan się uspokoił, smok zostawił go leżącego i zeskoczył na ziemię, co o dziwo nie wywołało drgania ziemi. Biały gad zbliżył się do mnie i wyprostował, a potem przez jakiś czas uważnie przyglądał. Dopiero po chwili zrezygnowany spojrzał na Roxolanne i coś warknął.
- Otwórz myśli. - odpowiedziała poważnym głosem, przerywając opatrywanie rany czarnego smoka na jednej z jego głów.
- Że jak? - spytałem, krzywiąc się przy okazji. Pierwszym co mi się przypomniało w związku z tym był czarny pokój.
- Uh, po prostu powiedz ************.
- *************** - powtórzyłem jej słowa. Nagle jak piorun uderzył we mnie rozchodzący się w mojej głowie głos.
- Reeeey…. Reeeeeeyyyyyy…. Reeeeey….
- Zamkniesz się w końcu?! - krzyknąłem w stronę smoka. - To moja głowa, drzyj się w swojej! - już miałem się odwrócić tyłem do gada, gdy nagle coś sobie uświadomiłem. Odwróciłem się w stronę smoka z szeroko otwartym pyskiem.
- Uprzedzę twoje pytanie, tak ja to powiedziałem. - odezwał się głos w mojej głowie.
- Alarm, Roxo, zaraz trzeba będzie mnie reanimować. - zakomunikowałem, siadając na trawie i próbując złapać oddech. Chwila, czym ja się do cho_ery przyjmowałem? Kilka godzin temu wypowiedziałem wręcz wojnę bogom, a teraz zachowuję się tak, bo jakiś smok umie gadać.
- Bez przesady. - usłyszałem z tyłu głos klaczy, która specjalnie mnie ignorowała. Zwróciłem się więc w stronę smoka. Popatrzyłem na niego przez chwilę, a ten przechylił głowę lekko na bok. Stanął na dwóch nogach, prezentując swój pokryty twardymi łuskami brzuch, po czym usiadł na tylnych łapach niczym pies.
- Tooo… Zereph? - zapytałem, przypominając sobie słowa klacz z wcześniej.
- Tak Mistrzu! - zawołał entuzjastycznie smok, po czym rzucił się w moją stronę. Wyciągnął mnie moje wielkie łapy i objął mnie nimi. O dziwo nie groziło mi zagrożenie pazurów, ponieważ smok na nie uważał, jednak perspektywa zostania wyściskanym na śmierć nie wyglądała zbyt kolorowo. Potem doszły jeszcze skrzydła i ogon, a na końcu smok zaczął trzeć swoim pyskiem po mojej szyi.
- Dusisz! - udało mi się wysapać, na co jedyną odpowiedzą był śmiech klaczy gdzieś za nami. Po chwili Zereph’owi najwyraźniej wypełnił się pasek czułości ponieważ odstawił mnie na ziemię. - Bez komentarza. - Warknąłem, dobrze zdając sobie sprawę z tego, że moja sierść i grzywa wyglądają jakby ktoś tarł o nie balon przez co najmniej godzinę. Niezadowolony kilka razy potrząsnąłem głową i na szczęście fryzura powróciła do dawnego stanu. Ah, jak ja lubiłem te zasłaniające wszystko kosmyki włosów.
- Tak więc skoro już się znacie, może teraz polecimy? - zaproponowała Roxolanne.
- Chwila, ja go nie znam. - odpowiedziałem dosyć głupim jak i spanikowanym tonem.
- To twój smok. Znalazłeś jego jajko podczas jednej z przygód, opiekowałeś się nim. Właściwie to… zniknąłeś – tłumaczyła klacz, szczególnie akcentując ostatnie słowo. - chwilę potem jak się wykluł i trochę podrósł. To jednak nadal tylko wielkie pisklę. Choć mimo wszystko jak na swój wiek zieje niesamowicie mocno. Chyba zawsze tak miał… - mówiła Roxo, choć już nie wiedziałem czy rozmawia dalej ze mną, czy ze sobą. No cóż perspektywa posiadania własnego smoka była dość… interesująca.
- To co Zereph… lecimy? - zapytałem i już miałem wzbić się w powietrze kiedy smok położył się obok mnie. Rozłożył jedno skrzydło, ukazując mi miejsce pomiędzy nimi, gdzie nie było kolców. Bez zastanowienia wskoczyłem na jego grzbiet. Wtedy poczułem jak gad macha ogromnymi skrzydłami. W jednej chwili uderzyła mnie fala powietrza dużo silniejsza od tej, gdy sam startowałem. Nie minęło dużo czasu, gdy jedyne co widziałem pod sobą to czubki drzew. Zaśmiałem się, czując jak prądu powietrza uderzają mnie w pysk przy każdym machnięciu skrzydłami smoka. Ogólnie jak na swoją chuderlawą sylwetkę to Zereph wydawał się mieć dużo siły w skrzydłach.
W powietrzu smok wykonał kilka niebezpiecznych akrobacji, popisując się tym czego się nauczył i cały czas ględząc coś w mojej głowie. Umilkł dopiero wtedy, kiedy obok nas pojawiła się Roxolanne i Kukulkan.
- Fajnie co? - zawołała, próbując przekrzyczeć rozwiewający jej grzywę wiatr. Następnie poklepała czarnego smoka pod grzbiecie i coś powiedziała, na co gad wystrzelił przed siebie jak rakieta. Z daleka usłyszałem tylko jej odlatujące słowa. - Chodź, na nowo przedstawię cię wszystkim w stadzie! Kierunek za mną!

<Roxolanne>

niedziela, 31 lipca 2016

Od Roxolanne C.D. Reamonn

Jeszcze wtedy nie zdawałam sobie sprawy, co się stało. Jakby wtedy, z bólu, urwał mi się kawałek filmu.  Ale jakiego bólu? Przed chwilą jeszcze chcieli mnie zabić, a teraz Reamonn pyta którędy do HH. Potworne pieczenie sparaliżowało mnie w okolicach barku i rozciągało się na cały grzbiet.
- aggh.. Paloo... - jęknęłam wpół przytomna
- Nie możemy tam wrócić. Gdy tylko wyjdziemy, to i tak zrobią z nim to samo. - odpowiedział dosyć sensownie. - To w którą stronę lecimy?
- Kukulkan,. - zdążyłam cicho jęknąć i zasnęłam ze zmęczenia.
Gdy się ocknęłam, wciąż leżałam na grzbiecie ogiera. W normalnych okolicznościach powiedziałabym: " Dzięki Bogu, to nie był sen", ale z bóstwami byłam troszeczkę popsztykana.
Starałam się podnieść, ale nie mogłam.
- O! Obudziłaś się, Roxo! - zauważył
- Gdzie jesteśmy? - zapytałam mrużąc oczy, aby przyzwyczaić się do światła.
- W jakimś lesie. - wzruszył ramionami na tyle, na ile pozwalał mu ciężar, który niósł na plecach.
Dobrze znałam tę roślinność i ten widok.
- To jest Las Kaskady. - odpowiedziałam tonem, jakbym na końcu miała zawrzeć jeszcze jedno, jakże poetyckie słowo: ciołku. Glonomóżdżku.
- Miło wiedzieć! Czy wiesz natomiast co to jest za duża, czarna jaszczurka, która idzie po mojej prawej?
Duża jaszczurka?
- Kukulkan! - uniosłam radośnie słaby głos.
- Więc to jest ten Kukulkan, którego wołałaś! Od razu przyleciał. Całkiem przyjemny kot.
Smok prychnął na niego i podszedł do mnie pilnując, abym nie spadła.
- Chciałem Cię ponieść, ale nawet na chwilę mi Ciebie nie dał! - mruknął w mojej głowie potwór udając oburzonego. - Dopięłaś swego. Do stada znowu przyprowadziłaś mordercę. Jak się z tym czujesz? - zapytał prześmiewczo. Jednocześnie, w jego słowach wyczuwałam gniew.
- Całkiem nieźle. Wszyscy Bogowie chcą mnie zabić. - uśmiechnęłam się. - Poczekaj! - rozkazałam.
- Hę? - Koń nieudolnie spróbował odwrócić łeb w moją stronę.
- przecież mogę iść sama. Nie musisz mnie już nieść.
- No... Niech Ci będzie. Jak dotrzemy na miejsce. - zaśmiał się.
- Ale ja chcę iść - burknęłam
- Oj, nie wymyślaj, Lanne! Gdzie mam teraz iść? - Stanęliśmy nad rozwidleniem dróg. - Jałówka! Prowadź! - skierował te słowa do mojej Kukułki.
- Jeszcze jedna taka odzywka, a przerobię go na pluszaka. - nadęły się wszystkie łby.
- Hahahahah.. Kukulkan! - parsknęłam
- Co powiedział? - wtrącił ogier.
- Że jeszcze raz nazwiesz go nieprawidłowo i zostaniesz jego pluszakiem.
Poczułam się na wystarczających siłach, więc zeskoczyłam z grzbietu konia. Nie była to jednak przemyślana i mądra decyzja. Przez chwilę wyglądałam jak wariatka, próbując utrzymać się na wszystkich czterech nogach. Nagle nogi zaplątały się jedna o drugą i padłam jak długa.
Zaśmiałam się nerwowo w stronę towarzysza.

Reamonnie?



Od Reamonna C.D. Roxolanne

Po raz kolejny zasiadłem na tronie. Nie otoczyła mnie jednak ciemna woda. Rozejrzałem się zaniepokojony i spostrzegłem, że ściany pokoju zaczynają zmieniać kolor. Stawały się coraz jaśniejsze. Dodatkowo towarzyszyło mi dziwne, nasilające się uczucie. Zupełnie, jakby ktoś rwał moją duszę. Jasność była tak ostra dla moich przyzwyczajonych do ciemności oczu, że zacząłem je mrużyć. A potem oślepiło mnie to światło i wszystko, łącznie z tronem zniknęło.
Z tego dziwnego stanu rozbudziły mnie ciche odgłosy. Szmery, stukanie kopyt i gwar. Zupełnie inne od ciszy, która była w pokoju. Pokoju, z którego wspomnienia powoli zacierały się w mojej głowie. To właśnie ta pustka budziła we mnie cichy lęk. Delikatnie otworzyłem oczy. Pierwsze co zobaczyłem to wnętrze starej izby. W środku było ciemno, ale mimo tego nie miałem problemu z zauważeniem licznych fiolek i misek stojących na półkach. Stało tam też dużo książek, starych przedmiotów i… sztyletów. Cały wygląd wydał mi się dziwnie znajomy. Cały strach i niepokój znikł w jednej chwili. Potem spojrzałem pod nogi. Stałem na pewnego rodzaju drewnianym podeście, wokół którego stały trzy konie. Jednym z nich był młody ogier, drugim stary, cały obwieszony bransoletami i kolczykami. Ostatnim znajdującym się w pomieszczeniu koniem była klacz, biała klacz. Owszem, mogłem się mylić, lecz byłem pewny, że to jej pysk utkwił w mojej pamięci. Ale czemu? Kim ona była?
Zeskoczyłem z podestu, co sprawiło że konie cofnęły się do tyłu.
- Kim jesteś? Czemu pamiętam ciebie? - zapytałem. Klacz jednak nic nie odpowiedziała. Zwróciła głowę do młodszego ogiera i wypowiedziała coś w niezrozumiały dla mnie języku.
- ************************ - stałem i przyglądałem się jej zachowaniu. Był w nim strach, ale przeważała złość i… dobroć?
- *******************. - odpowiedział ogier i cofnął się kilka kroków do tyłu.
- O co chodzi, kim jesteście!? - prawie krzyknąłem, zdenerwowany całą sytuacją. Siwa klacz, gdy tylko usłyszała mój podniesiony głos, cofnęła się kilka kroków do tyłu. Pokój był niewielki, więc uderzyła w stojący pod ścianą regał. Półki zachwiały się i spadło z nich kilka słoików wypełnionych płynami o przeróżnych kolorach.
- Spokojnie przyjacielu. - Powiedział stary ogier, a następnie zwrócił się do klaczy. Wypowiedział kilka niezrozumiałych dla mnie słów i schylił się, aby pozbierać rozbite szkło. - Oni nie rozumieją języka umarłych.
- Tak samo jak ja ich. - odpowiedziałem, ignorując dwa pozostałe konie i skupiając się na czarowniku… czy raczej… nekromancie.
- Wiem. Mam jednak coś, co może ci pomóc. - powiedział i ruszył do jednej z półek zostawiając za sobą resztę rozbitych naczyń. Po chwili wrócił, trzymając w pysku niedużą fiolkę, wypełnioną niebieskawym płynem. Najpierw zwrócił się do klaczy.
- ********************. - ta w odpowiedzi jedynie pokiwała głową. Następnie odwrócił się do mnie – Proszę, wypij to, a w jednej chwili poznasz każde słowo i zasadę ich języka.
- Po co mam go znać? Nie wiem kim są. - odpowiedziałem, odsuwając od siebie płyn.
- Bo jest tu jedna osoba, która chce z tobą porozmawiać. - odparł, wskazując pyskiem klacz. Zrezygnowany, uniosłem naczynie do pyka i wypiłem jego zawartość. Poczułem jak zaczyna kręcić mi się w głowie. Rozstawiłem szeroko nogi, aby utrzymać równowagę i nie upaść.
- R-rey? Wszystko w porządku? - usłyszałem. Nie był to mój język, lecz wiedziałem co znaczą te słowa.
- Kim jest Rey? - spróbowałem ułożyć wypowiedź z masy nowych informacji, które pojawiły się w mojej głowie.
- Ty, Reamonn Adalmite Arcadia!
- Nie wiem o kim mówisz, ani czemu jedynie co pamiętam to twój pysk. - odparłem chłodno, przyglądając się jak na jej pysku pojawia się wyraz zawodu.
- Mówiłem, że nie powinnaś tego robić, Roxo. - młody ogier podszedł do niej, ewidentnie chcąc wyprowadzić ją z pomieszczenia.
- Nie! Za dużo trudów przeszłam, aby on wrócił. Nie zostawię go teraz. - odparła z godnym podziwu uporem. Słysząc jej słowa, na moim pysku pojawił się uśmiech.
- Czyli, jestem Reamonn powiadasz? - podszedłem do niej i objąłem ją jednym skrzydłem, szeroko się uśmiechając i delikatnie mrużąc oczy.
- A ja Roxolanne. Jestem, znaczy byłam przywódczynią stada Heaven Hooves, którego członkiem ty też byłeś i- - zasłoniłem jej pysk skrzydłem, aby przerwać jej wypowiedź. Heaven Hooves? Roxolanne? Ja? Śmieszne. Coś jednak podpowiadało mi, aby mimo wszystko nie przestawać i dalej słuchać jej słów. Te wszystkie informacje były dla mnie nowe, ale gdzieś w głębi czułem, że nie mógłbym im zaprzeczyć…
- Czy moglibyśmy wyjść? Chcę zobaczyć skąd się bierze to światło. - powiedziałem, wskazując pyskiem na firankę, zza której prześwitywało słońce.- Z chęcią, straszny tu zaduch. - dało się słyszeć jęk młodego ogiera.
- Nie słuchaj go. - zaśmiała się… Roxolanne. To, jak szybko poprawił się jej humor naprawdę mnie zaskoczyło. - To Paloo. Jest bogiem i moim dobrym przyjacielem, ale czasami potrafi być naprawdę dziecinny.
- Bogiem? Jak Moon? - spytałem, przypominając sobie głos z pokoju.
- Pamiętasz Moon? - zapytała, a cały jej entuzjazm gdzieś zniknął.
- Nie wiem...po prostu mam wrażenie jakbym go znał. Tak… od zawsze. - odparłem głosem bez emocji i lekko wzruszyłem skrzydłami. Zostawiłem klacz za sobą i udałem się w stronę drzwi. Silniejsze pchnięcie wystarczyło, aby otworzyły się z cichym skrzypnięciem. W jednej chwili oślepiło mnie światło. Zamrugałem kilka razy, czekając, aż moje oczy przyzwyczają się do jasności. To, co znajdowało się za drzwiczkami, było niesamowite. Wykonane z piaskowca i marmurowych bloków kamienice były ozdobione licznymi roślinnymi ornamentami. Przedemną rozciągał się duży, wyłożony kostką plac. A na placu chodziły najróżniejsze konie oraz stały liczne stragany.
- Woah. - opuściłem izbę i stanąłem przed drzwiami. To co teraz widziałem, było czymś niezwykłym w porównaniu z tą pustką i ciemnością. Liczne kolory, głosy i mieniące się niczym złoto w słońcu czyniły ten widok czymś nieziemskim.
- Za pierwszym razem zareagowałeś bardzo podobnie, wiesz? - nawet nie zauważyłem kiedy biała klacz stanęła obok mnie, delikatnie się uśmiechając. - To jest miasto bogów. Niesamowite, co?
- Chcę to zobaczyć. - powiedziałem cicho, po czym ruszyłem pędem w stronę rozstawionych na placu straganów.
- Hej, zaczekaj! - Zawołała za mną Roxolanne, ja jednak już jej nie słuchałem. Wyhamowałem przed pierwszym z nich i przystanąłem oglądając jego zawartość. Były to kolorowe filiżanki, z obrazkami wielu kwiatów, których nazw nie znałem. Nie one jednak były powodem mojego zdziwienia, lecz uśmiechnięta sprzedawczyni. Te konie po prostu tak żyły, śmiejąc się cały czas, podczas gdy ja walczyłem nad sobą, aby nie wiedzieć czemu nie wyjąć swojej długiej kosy i nie wyżyć swoich emocji na przechodzących obok koniach.
- Nie uciekaj mi tak. - biała klacz podbiegła do mnie. - Wooa! Jakie ładne! - uśmiechnęła się, patrząc na stojące filiżanki z błyskiem w oku. Miałem wrażenie, że gdyby nie ja to już by wykupiła cały stragan. Ja jednak ruszyłem wolnym krokiem dalej. Oglądałem bronie, eliksiry, książki, przedmioty codziennego użytku i owoce. Cały czas towarzyszyło mi uczucie, że znałem to wszystko a mimo tego było to nowe.
- Emm… Roxolanne? - zapytałem niepewnym głosem. Klacz oderwała się od przekupki i z prędkością światła znalazła koło mnie.
- Tak, o co chodzi?! - wypaliła takim tonem, jakbym właśnie coś złego zmalował.
- Nie, po prostu… to wszystko jest jakieś… znajome. - odparłem. Sam nie wiedziałem co o tym wszystkim myśleć. Ale w pewnym sensie, cieszył mnie uśmiech tej klaczy. Dlatego szedłem dalej.
Słońce mocno świeciło, więc po godzinie zatrzymaliśmy się pod ścianą jednej z kamienic, aby odpocząć w cieniu.
- Ale upał. - jęknęła Roxolanne. - Idę zobaczyć, czy nie sprzedają gdzieś chłodnej wody. Zaraz wrócę, czekaj tu i… nie zrób niczego głupiego okej? - powiedziała i odbiegła. Mimo, że chodziliśmy już godzinę nią cały czas targał dziwny niepokój. Tak jakbym mógł coś zrobić, coś czego ona się obawiała. Dodatkowo gdy szliśmy uliczkami zdążyła zawalić moją głowę toną informacji. Zaczynając od geografii, ważnych miast, bóstw, a kończąc na tym całym Heaven Hooves jakimś Cmentarzu, Arenie, Snow Flame i tej całej Nekromancji. A według jej opowieści wyglądało to tak, jakbym kiedyś żył sobie, żył, żył i nagle Poof!, zniknął i teraz znowu powrócił. Celowo cały czas pomijała jeden fragment tej historii. Fragment, który był powiązany z ciemnym pokojem i tym głosem, który słyszałem.
- Już jestem! - usłyszałem głos klaczy, która podbiegła do mnie, trzymając dwie miski z wodą. Podziękowałem skinieniem głowy i wziąłem od niej naczynie. Zanurzyłem pysk w chłodnym płynie.
- Twoja historia nie ma sensu. - prychnąłem. - Czegoś w niej brakuje…
- Uh? Może ci się tak wydaje. - odparła Roxolanne. Ja jednak wiedziałem, że jest to jedynie słabe kłamstwo. - Wiesz, chcę ci pokazać jeszcze kilka ciekawych rzeczy więc jak odpoczniesz to powiedz. - pokiwałem głową i wróciłem do picia. Po kilkunastu minutach słońce ustawiło się pod takim kontem, że trudno było znaleźć jakikolwiek cień. Zrezygnowaliśmy więc z odpoczynku i ruszyliśmy dalej, uprzednio odnosząc miski do straganu. Samo to, w jaki sposób to miasto funkcjonowało mnie zadziwiało. Konie nie płaciły tam jedynie pieniędzmi, lecz także wieloma przedmiotami. A kiedy ktoś w tak upalny dzień jak dzisiejszy chciał wody wydawali mu ją nawet za darmo. Spokojny spacer był ciekawym doświadczeniem po czasie spędzonym w ciemnościach. Cały czas czułem jednak, że jedna cześć mnie chciała walczyć i atakować.
Gdy doszliśmy do kolejnego z placów, ujrzałem stojącą na nim fontannę. Pośrodku stał złoty posąg. Zmęczony gorącem zignorowałem go i podbiegłem, aby ochłodzić się w bryzie wody. Dopiero gdy się zbliżyłem zauważyłem coś znajomego w dwóch sylwetkach.
- Tooo… jakieś żarty? - spojrzałem na Roxolanne. Musiałem mieć naprawdę dziwny wyraz twarzy, ponieważ klacz zaczęła się śmiać. Po chwili jednak przestała i podeszła bliżej, przyglądając się posągowi. W jednej chwili poczułem, że kolejny fragment układanki pojawił się w mojej głowie.
- Noo, to chodź, muszę ci coś pokazać! - z zamyślenia wyrwał mnie głos klaczy, próbującej odciągnąć mnie od fontanny. Z cichym westchnieniem opuściłem ‘przyjemne miejsce’ i udałem się za nią.
Po godzinie spaceru w słońcu uliczkami miasta, ciągnącymi się w nieskończoność i w dodatku pod górę, dotarliśmy na rozciągające się nad miastem urwisko. Wszystko porastała krótka trawa, a przed nami stała drewniana huśtawka. Zbliżyłem się i stanąłem na krawędzi. Rozciągający się stąd widok był oszałamiający. Promienie słońca, odbijające się od dachów i ulic powodowały, że całe miasto wręcz emanowało światłem.
- Niesamowite… - powiedziałem.
- A w nocy jest jeszcze lepiej. - Roxolanne przystanęła obok mnie. - W dzień to miasto należy do Sun, lecz w nocy jego władcą staje się Moon. Wtedy ulice ożywają, konie tańczą, świętują, a całe miasto rozświetlają latarnie… - rozmarzyła się klacz.
- To wróćmy tu wieczorem. - zaproponowałem, choć wizja tej męczącej wspinaczki wydawała mi się mało kolorowa. Ogólnie, wszystko było. Chodziliśmy po tym mieście i… rozmawialiśmy. I co? Tak mamy chodzić przez całe życie? Czy może ona wróci do tego jej stada i mnie zostawi? Czy może będzie chciała mnie zabrać ze sobą? Tyle nawijała o mojej przyszłości. Ale… jak mogłem wrócić do tego co było, skoro nic już nie pamiętałem?
- Nie możemy za długo tu przebywać. Bogowie nie mogą wiedzieć, że żyjesz. - odpowiedziała lekko smutnym głosem, siadając na huśtawce.
- Chwila moment, że żyję? Ja… umarłem? Jak, czemu?! Czemu bogowie nie mogą o tym wiedzieć? Co ukrywasz?! Czego nie chcesz mi powiedzieć?! - zacząłem krzyczeć, na co klacz jedynie zwiesiła głowę, nie patrząc mi w oczy.
- Ja nie…
- Roxolanne! - krzyknąłem. Dopiero teraz udało mi się zwrócić jej uwagę. - Ja… nie zmienisz przyszłości, uciekając od tego co było. Powiedz mi. - zbliżyłem się i oparłem głowę o jej szyję.
- Pani Ember, Pani Sun, Panie Moon! Znaleźliśmy go! - nagle nad nami dało się słyszeć czyjeś krzyki. Oboje jednocześnie unieśliśmy głowy, aby ujrzeć białą klacz, czarnego ogiera, biało-brązową klacz i wiele innych koni. Unosili się w powietrzu na niesamowitych, mistycznych skrzydłach. W tyle zauważyłem również młodego ogiera z wcześniej, jak mu tam było? Paloo, związanego łańcuchami.
- Roxolanne, córki Bring The Horizon i Eagle Eye’a! Jesteś aresztowana! - w jednej chwili na ziemie zleciało kilka pegazów w złotej zbroi, trzymających w pysku włócznie. Otoczyli Roxolanne, kierując ostrza w jej stronę.
- Sun, Moon?! - zawołała wystraszona klacz, nie używając uprzejmości.
- Wskrzesiłaś największe zagrożenie bogów, oraz znieważyłaś ich karę. Musimy zatem tym razem osądzić cię sprawiedliwie. Jesteś dla nas ważna, ale ważny jest też lud. On jest dla niego zagrożeniem. Twoim wyrokiem, jest kara śmierci! - naprzeciwko Roxolanne stanęła biała klacz, klacz słońce. Słowa wypowiedziane z jej pysku był surowe. Ja jednak przestałem ich słuchać po fragmencie największe zagrożenie bogów. Miałem wrażenie, jakby w jednym momencie cała układanka się połączyła. Miałem moc, która mogła zranić, lub nawet zabić bogów, więc zniszczyli mnie zanim stało się cokolwiek. Jednak pewna siwa klacz, która miała bardzo wielki sentyment do swojego przyjaciela, postanowiła mnie wskrzesić. Uh? Zrobiła tak wiele dla mnie?- Co ze mną? - spytałem, tym jednym krótkim zdaniem zwracając uwagę wszystkich dookoła.
- Wrócisz do mnie. - usłyszałem głos czarnego pegaza, Moon’a. Tak, to był ten sam głos, który słyszałem w ciemnym pokoju. A teraz stałem i czekałem. Tak jak inni. Widziałem wściekłość i wrogość w ich oczach. Nikt jednak nie odważył się zrobić choćby kroku w moją stronę. Trochę jakby się bali i czekali, że sam się im oddam? Po słowach Moon’a zapanowała cisza. Nikt nic nie mówił, po prostu czekali na moje ruchy. Odwróciłem i spojrzałem w stronę Roxolanne. Klacz trzęsła się, jednak patrzyła na wszystkich wzrokiem pełnym wściekłości i odwagi. Odwróciłem się w jej stronę. Zbliżyłem się do strażników, mierząc ich spojrzeniem mówiącym ‘jak się nie odsuniesz, to będzie źle’. Najwidoczniej podziałało bo pegazy zaczęły się cofać, opuszczając bronie. Zbliżyłem się do klaczy, osłaniając ja przed bogami.
- Wszystko w porządku? - zapytałem szeptem, cały czas patrząc w stronę unoszących się w powietrzu bez ruchu bogów.
- Jak mogłoby być w takiej sytuacji. - odpowiedziała, ciężko oddychając. Odwróciłem głowę, by spojrzeć w jej stronę. Czy chcę próbować ponownego powrotu, mimo że straciłem wszystko? Mam tylko tę krótką chwilę, by podjąć decyzję. Ona… była zdolna uciec i wskrzesić mnie mimo że wiedziała co ją czeka… Teraz moja kolej by się odwdzięczyć.
Odwróciłem głowę całkowicie w stronę klaczy i pocałowałem ją. Nie był to zwykły pocałunek. Po prostu nią zawładnąłem, trzymając mocno, choć próbowała się wyrwać. Usłyszałem zaskoczone głosy i szepty bogów. Na powrót przeniosłem wzrok w stronę klaczy. Ujrzałem jak na jej barku wypala się średniej wielkości znak przedstawiający czaszkę, oplecioną różami. Wypalanie znaku musiało boleć, ponieważ klacz cały czas szarpała się i kopała. Gdy całość była gotowa, puściłem klacz, składając ostatni, delikatny pocałunek na jej pysku. Zmęczona Roxolanne osunęła się na ziemię. Zasłoniłem ją swoim ciałem i spojrzałem wrogo w stronę bogów.
- Ona jest moja. - odpowiedziałem. Nie wiem skąd, ale wiedziałem o oznaczeniach. Naznaczając konia obiecuje się opiekę i wierność, co działa w obie strony. Oznaczenie nie jest jednak znakiem partnerskim. Działa to trochę jak połączenie typu dama-jej rycerz w średniowieczu, tyle że z obu stron takie samo i bardziej zobowiązujące. - Ktokolwiek ją skrzywdzi będzie miał do czynienia ze mną. - I raczej nikt tego nie chce, dodałem w myślach. Wiedziałem, że robiąc to uwalniam ją od wyroku, ale sprowadzam na nas niezwykłe przekleństwo. Widząc zakłopotane pyski bogów odwróciłem się do nich tyłem i zbliżyłem do klaczy. Ta była kompletnie pozbawiona sił i dyszała ciężko. Złapałem ją za jedną nogę i przerzuciłem sobie przez plecy.
- Ty… Gdzie idziesz?! - usłyszałem wściekły wrzask Ember jak tylko zniknęliśmy w jednej z uliczek miasta. Gdy doszliśmy do jednego z placów rozłożyłem szeroko skrzydła. Uśmiechnąłem się szeroko i zwróciłem szeptem do leżącej na moich plecach klaczy.
- No to gdzie te Heaven Hooves?

THE END

Roxolanne?

Od Roxolanne - Przyszłość, która nadejdzie. cz. 6

Pod przykrywką mojej resocjalizacji wyszliśmy z pałacu, który teraz pełnił rolę mojego osobistego więzienia.
Przechodziliśmy pośród tych wszystkich kamienic, które zwiedzałam z odpadkami mojego stryja. Obok fontanny, w której wylądowaliśmy. 
Spuściłam wzrok na ziemię. Czy na prawdę tego chcę? 
- Zobacz. Postawili nowy pomnik. - uśmiechnął się złowieszczo mój towarzysz. 
- Niewiarygodne. - szepnęłam i przystanęłam. 
Wykonany ze złota pomnik fontanny a w niej klacz i ogier. Podczas gdy ona leży w wodzie na plecach, on rozkłada nad nią skrzydła. Znałam te twarze. 
- Przecież to ja i Rey! - zaśmiałam się. 
- Ty i odpadki. - sprowadził mnie na ziemię. 
- Tak zachowują się odpadki? 
Nie odpowiedział mi. Nadal uważał, że to zły, wręcz tragiczny pomysł. Mimo to, przecież mi pomagał. 
Stanęliśmy przed piętrową kamienicą. Zapukaliśmy w stare, spróchniałe, zdobione drzwi. Otworzyły się skrzypiąc. Niepewnie weszłam do środka. 
- Jest tu kto? 
Odpowiedziało echo. 
- Może on już tu nie mieszka? Chodźmy. - Bóg znalazł okazję by odwołać ten niedorzeczny plan. 
- Kto zakłóca mój spokój? odpowiedział nam chłodny głos. 
- Paloo i Roxolanne. - przedstawiłam Nas nieco niepewnie
Ciemność pomieszczenia rozjaśniły pojedyncze świece. Kotary okien odsłoniły się jak na niewidzialny znak dodając chłodnemu pomieszczeniu odrobinę światła. Jakoś nie sprawiło to, że poczuliśmy się lepiej. Oprócz postaci w płaszczu ukazały Nam się dwa szkielety; dużego psa i tygrysa. To zapewne one otworzyły drzwi i rozjaśniły pomieszczenie.
- Jego powrót do życia graniczy z cudem, ale mogę się tego podjąć. - oznajmił z uśmieszkiem na pysku kłaniając się starszy wiekiem wałach.  - Wasze wysokości. 
Razem z Bogiem spojrzeliśmy po sobie, a wkrótce po tym, jak objaśniliśmy wszystko, rozpoczęła się ceremonia.
- Coraz bardziej uważam, że jest to poraniony pomysł. - stwierdził niepewnie łaciaty ogier. 
- Reamonn ożyje, ale nie ożyje jego charakter. Cechy Moona utonęły bezpowrotnie w morzu umarłych. - mruknął nekromanta
- To znaczy? - zmarszczyłam brwi. 
- Jego charakter będzie kształtował się od nowa. Od wszystkiego zależy jakim koniem się stanie. Moce jednak pozostaną. Wspomnienia nie koniecznie.
- Widzisz? Nawet Cię nie będzie pamiętał. - ogier próbował mi przemówić do rozsądku.
- Ufam Panu. Wiem, że potrafi Pan to zrobić. Zaczynajmy, dobrze? - westchnęłam ignorując jego uwagi.
 Byłam poddenerwowana.. Do granic.  
Ponury domownik zaczął wypowiadać nieznane przynajmniej mi wyrazy. W całym pomieszczeniu rozległy się jęki i odgłosy dudniące w naszych uszach. Byłam pod zbytnim wrażeniem by nie patrzeć czy nie słuchać, chociaż barzo chciałam zakończyć ich świdrowanie w mojej głowie.
Jedyne słowa jakie zrozumiałam, to 'Reamonn Aldamite Arcadia"... Mniej więcej. Wypowiadane były one co najmniej dziesięć razy. W pokoju pojawiły się szkielety najróżniejszych postaci.Ze zdumieniem przyglądałam się, jak tworzą się i rozpadają w pył kolejne. Zaczynając od szkieletu małej myszy, kończąc na na szczęście niedokończonej postaci mamuta. Na środku zaś, białe kości stojącego konia. Po chwili wokół nich zebrała się masa czarnego dymu owijająca i tworząca resztę ciała. Wreszcie mgła powoli opadła, przymrużyłam oczy, aby cokolwiek widzieć. Z czarnej mgły coraz bardziej widoczna była postać konia. W końcu po ceremonii nie było śladu. Wszystkie kości zniknęły, a głosy umilkły. Westchnęłam zamykając oczy i nie zdając sobie sprawy z tego, że jestem czerwona jak burak. Na środku stał zaś ogier z długą grzywą i ogonem. Mający na sobie znaną mi już pelerynę. Tak. To był właśnie on.


Di end

Od Roxolanne - Przyszłość, która nadejdzie cz. 5

Obudziłam się z potwornym bólem głowy. Mlasnęłam. Zachciało mi się pić. Otworzyłam oczy i zmarszczyłam brwi próbując sobie skojarzyć; gdzie jestem?
Znajome ściany i meble. Wszędzie panowała jasność, oraz kwitły kwiaty. Jestem w moim pałacu w Dolinie Królów. Jednak w oknach były kraty. Przyjazne miejsce, mój własny azyl.. Nagle wydał mi się małą złotą klatką z której nie ma ucieczki. Zrobiłam to, co akurat wydało mi się najsensowniejsze po walce z Bóstwami. Podeszłam do źródełka i zaczęłam pić.
Kątem oka zauważyłam strażnika stojącego przy drzwiach. Podeszłam do konia odwróconego tyłem. Był to mój... Em..  przyjaciel.
- Już się obudziłaś. - uśmiechnął się.
- Nie rozumiem. Tak okropnie Cię potraktowałam, a Ty jesteś tutaj i jeszcze ze mną rozmawiasz. - zmrużyłam oczy próbując ogarnąć jego myśli.
- Milknij, bo się rozmyślę. - przewrócił oczyma przyprawiając mnie o śmiech.
- Co się stało? - chwyciłam się za wciąż pobolewającą głowę.
- Dostałaś silne środki nasenne i na uspokojenie. W sali tronowej narobiłaś niezłego zamieszania. Spałaś trzy dni.
- Uuu.. - skrzywiłam się. - A Ember?
- Siedzi naburmuszona przez ten cały czas. Uraziłaś jej dumę.
- Hah. Stara padlina.
- Nie mów tak. Jest Twoją prababką. Zasługuje na trochę szacunku.
- Zabiła mojego przyjaciela. Od początku jej nie pasował. - naburmuszyłam się przełykając.
- Ja.. Wszystko już wiem. Ale... wejdźmy do środka. - ściszył głos. - Wilki w ścianach. - puścił mi oczko. Obydwoje wiedzieliśmy co to znaczy.
Gdy rozsiedliśmy się na kanapie, zaczął mówić: [...]

Paloo opowiedział mi o wszystkim, o czym się dowiedział. O charakterze Moona i jego odpadkach, o czynach Ember..
- To niemożliwe.  - kiwnęłam przecząco głową patrząc gdzieś w podłogę.
- To wszystko, co wiem. - wzruszył ramionami
- On nie mógł być odpadkami charakteru Moona! - spojrzałam na niego jak na wariata.
- Niestety, to prawda. - Jego wyraz wskazywał tlko na jedno. Mówił śmiertelnie poważnie.
- Na pewno znajdzie się sposób, aby on wrócił.
- Nie ma. - oznajmił stanowczo.
- Paloo.. Proszę. - spojrzałam na niego błagalnie. - Ja muszę go zobaczyć.
- Dlaczego jesteś aż tak naiwna? TO COŚ...  on... ON...  - poprawił się - nie miał uczuć. Miał Cię za nic. Dlaczego chcesz go na siłę odzyskać?
- Nie zrozumiesz mnie, Paloo. Nikt mnie nie zrozumie. Nawet ja sama. Po prostu muszę... Paloo... - uśmiechnęłam się do niego.
- Co? - zmrużył oczy.
- Ty doskonale wiesz co.
- westchnął wiedząc, że nie odpuszczę. - Jest jeden sposób. - oznajmił niepewnie.
Popatrzyłam wyczekująco w jego oczy.
- Ale jest to prawie niemożliwe i bardzo niebezpieczne. - spojrzał z rezygnacją w dół.
- Paloo.. - przywróciłam go do porządku.
- Musimy się stąd wydostać. W Dolinie mieszka jeden koń, który potrafi robić takie rzeczy. Stary nekromanta. Nikt nie wie, ile on ma na prawdę lat. On sam przestał już liczyć. Podobno rodzina Acoose. - zaczął mówić z pasją w oczach.
- Prowadź.

Od Roxolanne - Przyszłość, która nadejdzie. cz.4

Wparowałam z hukiem do sali tronowej wszystkich świętych. Sun od razu wstała patrząc na mój krok. Był to pierwszy raz, gdy potraktowałam ich wszystkich jak... no... Jak nie ich. Nie najwyższych Bogów.  Żadnego ukłonu, uśmiechu, czy chociażby zapowiedzenia mojego przyjścia. Jeszcze chwilę temu rzucałam kulami ognia w strażników. Szlam pewnym krokiem patrząc tylko, z pogardą, na jedną osobę - Ember.
- Roxolanne. - wstała Bogini słońca patrząc na mnie krytycznie. - Co to ma znaczyć?
Zignorowałam ją.
Nim doszłam do Pani Nirvany, zaczęłam rzucać w nią wszystkim, co miałam do zaoferowania w asortymencie. Wszystkim, co tylko miałam w zanadrzu. Wszystkimi zaklęciami. Bogowie wstali i przyglądali się z minami oburzenia nie robiąc nic. Sun widocznie domyśliła się o co chodzi i usiadła, bezradnie patrząc.
Ember wyciągnęła swój miecz i zaczęła łamać nim moje zaklęcia, jakby były one dla niej tylko papierowymi samolocikami, lub kulkami z papieru. Wtedy ze wściekłością rozpędziłam się i rzuciłam się na nią powalając na ziemię.
- Jak mogłaś?! TO BYŁ MÓJ PRZYJACIEL!!! - wykrzyczałam okładając Boginię. Cios za ciosem nie przestając ani na chwilę.
Jej miecz sunął się po szklanej podłodze jakieś osiem metrów od Nas.
- Jesteś teraz bezbronna, co? - zaśmiałam się nerwowo z satysfakcją kładąc kopyta na jej szyi.
Wiedziałam, że posiada coś, czego ja nie. Nieśmiertelność. W głębi siebie czułam jednak, że muszę tak zrobić. Zdawałam sobie też sprawę z tego że robiąc to, mogę stracić wszystko. Nawet życie. Pośmiertne życie w Dolinie Królów. Mogę też wylądować na skale obok Jaspera. Bogowie wiedzą jakie jeszcze kary spotykają takich ludzi jak ja.
Podbiegł do nas Paloo i próbował mnie odciągnąć. Nie dał jednak rady.
- Jak mogłaś?!! - zaczęłam płakać.
Podbiegli inni Bogowie, wśród których straciłam siły i mnie odciągnęli. Patrzyłam na nią z nienawiścią.
- Puśćcie mnie! Ignoranci! Egoiści! Wszyscy jesteście siebie warci! W Dolinie Królów nie powinien zasiadać żaden z Was! Uczucia zwykłych koni się dla Was nie liczą! Bo po co!? Kolejny koń stracił życie! HA HA HA!
Zwariowałam. Jestem cholerną idiotką.
- Lanne, błagam, opanuj się! - krzyknął Paloo po raz ostatni.
On już wiedział co mnie czeka.
- Taki z Ciebie przyjaciel od siedmiu boleści! Jesteś taki sam jak oni!
Wtem zaczęło mi się kręcić w głowie. Przed oczami pojawiła się mgła, a ja z hukiem upadłam na podłogę.


kochane przez wszystkich; CDN. 

sobota, 30 lipca 2016

Od Roxolanne - Przyszłość, która nadejdzie, cz. 3

Ten jeden napis zmiótł mnie z nóg.
- Nie. To nie jest prawda. - zaprzeczyłam łamiącym się głosem.
Dlatego nikt go już nie widział.
- Nikt tego wcześniej nie zauważył. - zamyślił się smok.
Czułam w jego głosie obojętność. 
Gdy prawda w końcu do mnie dotarła, padłam i zaczęłam płakać. Nie. Nie płakać. Ryczeć. Krzyczeć z bólu. 
- Roxolanne... - westchnął czarny gad.
Jego wszystkie głowy zaczęły mnie oplatać przytulając moje drżące ciało. 
Przytuliłam się do jednego z łbów. 
- Gdybym nie odeszła, może by do tego nie doszło.. M-może poszedłby ze mną. - jęknęłam pozwalając by łzy spływały po moich policzkach. 
- Nie masz pewności. - próbował mnie uspokoić. Sprawić, by zeszło ze mnie poczucie winy. - Nie płakałby po Tobie, więc Ty również nie płacz po nim. 
- Łatwo Ci mówić. - wzięłam przerywany oddech. - Miał zupełnie różny charakter. Nie płakałby, ale ja tak. - powiedziałam z trudem. 
Wtedy mój mądry smoczek powiedział coś, czego nie zapomnę nigdy. 
- Nie opłakuj czegoś, co samo nie potrafi płakać. 
Wstałam próbując być silna. I z trudnością opanowałam oddech. W myślach przemknęła mi jedna myśl. Jedno imię. Kogoś kto przez cały czas go nienawidził. Smutek zastąpiła miażdżąca wściekłość. Wszystko stało się dla mnie jasne. 
- K-kukulkan. - zacisnęłam zęby. - Pakuj się. 
- Nie rób nic w gniewie. - rozkazał srogo
- Jak chcesz. Pójdę sama. - odezwałam się do niego głosem pięcioletniego dziecka, które nie dostało zabawki. 
W głowie ułożyłam zaklęcie na zamknięcie myśli. 
- Nie, Roxolanne! Co Ty... - dalej już nie usłyszałam. Próbował mnie zatrzymać, ale potraktowałam go z pioruna. Z jego trzech paszcz rozległ się potężny, przeszywający ryk, któy zazwyczaj swoją siłą, miażdży ofierze kości.
- Ah, przymknij się. - zmarszczyłam brwi.
Nie powstrzyma mnie nawet on. 


CDN. 




Obserwatorzy

Szablon wykonany przez Jill